Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podsumowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podsumowanie. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 sierpnia 2021

[Podsumowanie] Najlepsi z najlepszych oraz największe rozczarowania Igrzysk w Tokyo


Minęło już sporo czasu od zakończenia Igrzysk Olimpijskich w Tokio. Pora więc powoli zamykać ten temat i skupiać się na zbliżających się mistrzostwach poszczególnych kontynentów oraz starcie lig narodowych. Dlatego tez mój ostatni post, dotyczący tego co działo się w Japonii, chciałabym poświęcić zawodnikom, którzy pokazali się z najlepszej strony i tym, którym się nie powiodło. Wybiorę mój dream team czyli 14 graczy, których na tych IO chciałabym mieć w zespole. Wskażę też siatkarzy, którzy mnie najbardziej rozczarowali. 



MÓJ DREAM TEAM

Oficjalny Dream Team Tokyo 2020 - FIVB


  • Rozgrywający: LUCIANO DE CECCO [Argentyna], ANTOINE BRIZARD [Francja]
    Nie jest możliwym nie przyznać tytułu najlepszego rozgrywającego tych igrzysk Luciano De Cecco. Już od pierwszego meczu turnieju Argentyńczyk imponował finezją i dokładnością. Zasługą jego niebagatelnych umiejętności jest fakt, że atakujący Albicelestes bardzo często atakowali na pojedynczym bloku, co znacznie ułatwiało im zadanie. Wyróżnienie dla Antoine Brizarda też jest bardzo zasłużone. Francuz nie zaczął najlepiej, ale począwszy od ćwierćfinału był jednym z najlepszych zawodników swojego zespołu. Brizard miał pomysł na rozegranie: jego piłki były dokładne i nieszablonowe, nie raz wyprowadzały blokujących rywala w pole. Do tego dokładał swoje "trzy grosze" w bloku i na zagrywce. 

  • Atakujący: MAKSIM MICHAJŁOW [Rosja], JEAN PATRY [Francja]
    Maksim Michajłow dzieli i rządzi na pozycji atakującego od lat. Czy to w klubie czy w reprezentacji, nigdy nie schodzi poniżej pewnego, wysokiego poziomu. Tak samo było w Tokio. Rosyjski atakujący rozkręcał się powoli, ale w decydujących meczach był pewnym punktem swojego zespołu; kończył większość posłanych do siebie piłek, nawet tych najmniej wygodnych. Podobnie Jean Patry. On też nie zaczął z najwyższego "C", ale począwszy od meczu Rosją stał się prawdziwym liderem Trójkolorowych; nawet najwyższy, potrójny blok rywali nie był dla niego żadną przeszkodą. Sposób na niego znaleźli dopiero Rosjanie w meczu finałowym - gdyby nie to, na pewno zostałby MVP igrzysk. Obaj panowie byli też niebezpiecznymi przeciwnikami na bloku i w polu zagrywki. 

  • Środkowi: AGUSTIN LOSER [Argentyna] i IVAN YAKOVLEV [Rosja] ORAZ BARTHELEMY CHINENYEZE [Francja] i LUCAS [Brazylia]
    Niekwestionowanymi królami środka siatki byli Agustin Loser i Ivan Yakovlev. Argentyńczyk i Rosjanin tworzyli mur nie do przejścia dla rywali, zatrzymując ich ataki odpowiednio 22 i 21 razy. Panowie byli tez gwarantami pewności w ataku i rozgrywający nie wahali się korzystać z ich usług, kiedy mieli dobre ku temu piłki. To samo można powiedzieć o Chinenyeze i Lucasie - obaj niewiele ustępowali wymienionym wyżej kolegom i to widać w statystykach. Loser i Yakovlev byli jednak bardziej widoczni i widowiskowi w swoich działaniach, dlatego też to ich dałabym do "6" a Chinenyeze'a i Lucasa na rezerwę. Ale cała czwórka grała naprawdę kapitalne zawody.

  • Przyjmujący: EARVIN NGAPETH [Francja] i EGOR KLIUKA [Rosja] ORAZ FACUNDO CONTE [Argentyna] i TREVOR CLEVENOT [Francja]
    Earvin Ngapeth to zdecydowanie najlepszy skrzydłowy turnieju w Tokio. Francuz miał lepsze mecze i gorsze, ale we wszystkich dawał zespołowi dużą pewność gry. Największym atutem Ngapetha było, że nawet jeśli całe spotkanie grał średnio, to w najważniejszych momentach można było liczyć, że skończy każdą piłkę, nawet tę najtrudniejszą. I - jak przystało na klasowego zawodnika - swój najlepszy występ zaliczył w finale, kiedy to Rosjanie nie potrafili znaleźć na niego sposobu. Dorobek punktowy Ngapetha - 136 oczek; jest jednym z najwyższych na IO. Na wyróżnienie i pochwały zasługuje też Egor Kliuka. Wprawdzie w początkowej fazie turnieju pozostawał on w cieniu swojego kolegi - Dmitrija Wołkowa, ale potem sytuacja się odwróciła. W półfinale i finale Wołkow miał kryzys i musiał być zmieniany. Kliuka zaś od pierwszego do ostatniego meczu turnieju grał swoje - nigdy nie zszedł poniżej pewnego, bardzo dobrego poziomu. A w najważniejszych meczach był [obok Maksima Michajłowa] liderem w ataku swojej drużyny. Podobnie Facundo Conte - bez niego Argentyna na pewno nie zdobyłaby brązowego medalu. Od pierwszego do ostatniego meczu był pewny, grał swoje i rozgrywający zawsze mógł na niego liczyć. Podobnie było z Trevorem Clevenot. Kiedy na starcie Igrzysk Francja grała źle, on był jedynym trzymającym poziom, do którego nie można było mieć pretensji. Dobrą dyspozycję utrzymał też w późniejszych meczach. Świetną ocenę psuje mu trochę mecz finałowy, w którym prezentował się naprawdę słabiutko i tylko niezwykłej wyrozumiałości swojego trenera zawdzięczać może, że po półtorej seta nie wyleciał z boiska. Ale, kiedyś musiał mieć słabszy moment, a ogólna ocena jego występu i tak może być jedynie bardzo, bardzo pozytywna. 

  • Libero: JENIA GREBENNIKOV [Francja], SANTIAGO DANANI [Argentyna]
    Jenia Grebennikov od lat uważany jest za jednego z najlepszych libero świata. Potwierdził to również w Tokio. Francuz był ostoją swojego zespołu w przyjęciu, a w obronie podbijał mnóstwo piłek, nieraz niezwykle trudnych. Utytułowanemu koledze niewiele [o ile w ogóle] ustępował Santiago Danani. Ręce same składały się do oklasków, kiedy oglądało się jego grę; i w przyjęciu i w obronie.

  • Wyróżnienia: THALES [Brazylia], BRUNO LIMA, SEBASTIAN SOLE, EZEQUIEL PALACIOS [Argentyna], NICOLAS LE GOFF [Francja], BARTOSZ KUREK, WILFREDO LEON [Polska], OSMANY JUANTORENA [Włochy], DOUGLAS [Brazylia]
    Thales to świetny zawodnik, ale mało widowiskowy. Jego bardzo dobra gra jest wiec mniej dostrzegana niż Grebennikova  czy Dananiego. Tymczasem Brazylijczyk jest liderem rankingu najlepiej broniących i przyjmujących zawodników Igrzysk. Choćby z tego powodu zasługuje na wspomnienie i wielkie brawa.
    Bruno Lima to najlepiej punktujący [238 "oczek"] i jeden z najskuteczniejszych atakujących graczy w Tokio [52,4%]. Było wiele fragmentów meczów w których grał kapitalnie, nie ustępując niczym bardziej cenionym rywalom. Niestety, miewał tez sporo "czarnych dziur", w których potrafił zaatakować kilka razy wprost w pojedynczy blok, albo też wyrzucić piłkę w aut. Gdyby nie to, spokojnie walczyłby z Patrym i Michajłowem o miano najlepszego "przekątnego" Igrzysk Olimpijskich. 
    Sebastian Sole po raz kolejny potwierdził, że jest naprawdę świetnym środkowym. Pewny w ataku, pewny w bloku. W ofensywie jednak mniej wykorzystywany od reprezentacyjnego kolegi, ale jak już piłkę dostał, rzadko kiedy zawodził. On i Loser to w mojej opinii jeden z najlepszych duetów środkowych ostatnich IO. Nic tylko pozazdrościć Argentynie tak świetnych siatkarzy na tej pozycji.
    Ezequiel Palacios miał być "dodatkiem" do Facundo Conte, ale okazał się być kimś więcej. W wielu momentach to on ciągnął na swoich plecach ciężar ataku reprezentacji Argentyny. Skończył wiele ogromnie ważnych piłek. Nawet po tym, jak nabawił się kontuzji, pozostał na boisku i zrobił swoje. Może nie znajdziemy go w czołówkach statystyk, ale i tak może być dumny ze swojej gry.
    Nicolas Le Goff w bloku w ogóle nie ustępował bardziej cenionym zawodnikom, co pokazują statystyki. Chyba każda drużyna chciałaby mieć na IO taka parę blokujących jak on i Chinenyeze. Był za to mniej wykorzystywany w ataku i tym elementem przegrał z innymi zawodnikami na swojej pozycji.
    Gdyby Polska przebrnęła ćwierćfinał to nagrody indywidualne na pewno zgarnęliby Wilfredo Leon i Bartosz Kurek. Obaj byli liderami naszej drużyny, na obu można był liczyć w najtrudniejszych momentach, obaj byli niezawodni i praktycznie nieomylni w ataku. Pokazali, że są absolutną czołówką światową na swojej pozycji i odpadnięcie we wczesnej fazie turnieju tego nie zmienia.
    Do Tokio miał pojechać na "odcinanie kuponów od sławy" i "za zasługi". Tymczasem Osmany Juantorena był liderem swojego zespołu i jednym z niewielu graczy, do których włoscy kibice nie mogą mieć żadnych "ale". Pokazał, że nawet mając 36 lat, można mieć świetną formę i być trudnym do zatrzymania killerem. Szkoda, że była to ostatnia impreza w jego reprezentacyjnej karierze.
    Bardzo dużo pracy wykonał [całkiem nieoczekiwanie] Douglas. Brazylijski przyjmujący miał być jedynie wparciem, dającym chwilę oddechu bardziej utytułowanym kolegom. Słabsza dyspozycja Lucarelliego i [zwłaszcza] Leala sprawiła jednak, że musiał często pojawiać się na boisku i ratować zespół. Wywiązał się z tego lepiej niż dobrze, będąc nierzadko najbardziej wyróżniającym się zawodnikiem w drużynie i jej liderem w ataku.

  • MVP: ANTOINE BRIZARD [Francja]
    FIVB wybrało Earvina Ngapetha i do tej decyzji nie można mieć żadnych zastrzeżeń. Ja jednak mimo wszystko wybrałabym Antoine Brizarda. Bez jego świetnej gry Francja nie awansowałaby do półfinału. To on odmieniał losy setów świetnymi serwisami. To on nie bał się podejmowania odważnych decyzji, nawet w najtrudniejszych momentach spotkania. Mimo nienajlepszego początku turnieju, był w stanie odmienić swoją dyspozycję i stać się kluczowym elementem sukcesu drużyny. 

  • Trenerzy: Marcelo Mendez [Argentyna], LAURENT TILLIE [Francja]
    Obaj dokonali wielkich rzeczy, doprowadzając do medalu drużyny, na które mało kto [lub też nikt] nie stawiał. Ekipa Marcelo Mendeza od początku grała swoje i trenerowi należą się wielkie brawa za optymalne przygotowanie zespołu na najważniejszy turniej. Drużyna Laurenta Tillie zaczęła bardzo źle, ale z czasem podniosła się, prezentując z meczu na mecz coraz lepszą dyspozycję. Za to trenerowi Trójkolorowych należą się największe wyrazy uznania - że udało mu się przekonać zawodników, że mogą wiele osiągnąć, że mogą odmienić swoją grę. Obaj szkoleniowcy nie bali się odważnych decyzji personalnych, w  tym sadzania na ławce swoich największych gwiazd.  Malutki minus dla trenera Tillie za prowadzenie meczu finałowego - gdyby go przegrali, z decyzji o trzymaniu przez cały mecz na boisku źle grającego Clevenot musiałby się gęsto tłumaczyć. 



NAJWIĘKSI PRZEGRANI

  • BRUNO REZENDE. W Tokio miał zdobyć swój czwarty medal olimpijski, tak się jednak nie stało. Również dlatego, że Bruno w niczym nie przypominał zawodnika, który miesiąc wcześniej grał kapitalna Ligę Narodów. W Japonii rozegrania kapitana reprezentacji Brazylii były przewidywalne i niedokładne na tyle często, że musiał być zmieniany przez Fernando. I to na więcej niż kilka akcji.
  • MAURICIO SOUZA. Ten sam casus co Bruno. Miesiąc wcześniej został wybrany najlepszym blokującym VNL. W Japonii rywala zablokował jedynie 10 razy, dokładając w ataku zaledwie 27 punktów. Słabo jak na środkowego tej klasy
  • YOANDY LEAL. W statystykach wygląda nieźle. Jednak Leal przyzwyczaił nas do tego, że trudne piłki kończy z ogromną pewnością, przede wszystkim w ważnych momentach meczu. W Tokio tego zabrakło; obrona i blok przeciwnika stanowiły [zbyt] często barierę nie do sforsowania dla przyjmującego reprezentacji Brazylii.
  • WALLACE DE SOUZA. Casus Leala. W rozgrywkach Ligi Narodów grał jak profesor. Kończył każdy, nawet najtrudniejszy atak. Na Igrzyskach wręcz przeciwnie - nawet pojedynczy blok był dla niego problemem. Żal było patrzeć jak często męczy się na boisku.
  • MAX HOLT. Nikt by nie uwierzył, że w 2019 roku otrzymał nagrodę indywidualną dla najlepszego środkowego na Pucharze Świata. Podczas ostatniego sezonu ligowego niewiele grał, bo leczył kontuzję i ten brak gry było widać na parkiecie w Tokio. Jedynie za atak nie można mieć do niego zastrzeżeń. Ale jego kapitalna zagrywka pozostała tylko wspomnieniem. A w bloku zachowywał się gorzej niż junior - gdybym nie widziała, to bym nie uwierzyła, że rozgrywający rywali może robić z niego tak często "wiatrak".
  • MICAH CHRISTENSON. Od niego zawsze oczekuje się wiele, bo to kapitalny rozgrywający. Niestety, w Japonii tego nie potwierdził. Jego dokładność rozegrania pozostawiała wiele do życzenia. Podobnie jak wybory, których dokonywał w decydujących momentach meczu - często były po prostu błędne i nielogiczne.
  • IVAN ZAYTSEV. Początek turnieju miał bardzo słaby. Atak -zero, zagrywka - zero. A kiedy wydawało się już, że zaczyna łapać swój rytm, doznał kontuzji dłoni, która niemal całkowicie wyłączyła go z gry.
  • SIMONE GIANNELLI. Rozgrywał bardziej niedokładnie niż zwykle, szczególnie na lewe skrzydło. Nie zachwycił też w serwisie i bloku. Jego usprawiedliwieniem jest jednak kontuzja - może, gdyby jej nie miał, grałby lepiej.
  • BENJAMIN TONIUTTI. W sezonie ligowym był chyba najlepszym rozgrywającym w Europie; wygrał niemal wszystko, co można było wygrać. Jednak już na VNL było widać, ze nie jest sobą i często musiał dzielić pole gry z Brizardem. To samo powtórzyło się na IO. Swoją przygodę zakończył po pierwszym secie meczu ćwierćfinałowego. Rywale za łatwo czytali jego grę, niczym ich nie zaskakiwał, a legendarna finezja gdzieś go opuściła.
  • MILAD EBADIPOUR. Liczyłam, że do spółki z Maroufem i Ghafourem będzie liderem irańskiego zespołu. Nie do końca się udało. W przyjęciu i zagrywce grał świetnie. Niestety, ta dyspozycja nie przełożyła się na atak. 46 punktów w pięciu meczach [i aż 30 błędów w tym elemencie], to nie jest rezultat, z którego przyjmujący tej klasy co Ebadipour może być dumny.
  • ALEKSANDER ŚLIWKA. Casus Toniuttiego. W sezonie klubowym był wiodącym zawodnikiem swojego zespołu, co potwierdził tytuł MVP finałowego meczu w Lidze Mistrzów. W Japonii nie był sobą, może dlatego że miał znacznie utrudnioną możliwość wykonywania swoich ulubionych kiwek. Jego ataki były słabe, niepewne i mało widowiskowe. W dodatku nienajlepsza forma przełożyła się też na przyjęcie i zagrywkę. 
  • MICHAŁ KUBIAK. Od początku sezonu reprezentacyjnego pokazywał słabą formę w ofensywie. Wyglądało to tak, jakby kompletnie stracił swoją firmową umiejętność - kiwek i przepychanek na siatce. Potem doznał kontuzji. Zapewniano jednak, że na najważniejsze mecze w Tokio będzie w pełni dyspozycji. Tak się jednak nie stało. O jego tokijskiej grze w ataku chciałabym jak najszybciej zapomnieć.
  • AMIR GHAFOUR. Zawodnik takiej klasy powinien być bardziej pomocny zespołowi. Tymczasem on bardzo często miał fragmenty, w których nie był w stanie skończyć ataku z dobrze rozegranej piłki. Często zmieniany, nie był tak pewnym elementem swojej drużyny, jakim powinien być podstawowy atakujący.
  • ERIK SHOJI. Grę Erika mam przyjemność oglądać od lat. Nigdy nie widziałam go tak źle przyjmującego jak na tych IO. Im dalej w turniej, tym szło mu gorzej. Może dobrze, ze przygoda Amerykanów zakończyła się w grupie, bo aż strach sobie wyobrażać, jak grałby później. 
  • VITAL HEYNEN. Miał do swojej dyspozycji zespół o chyba największym potencjale ze wszystkich uczestników Igrzysk. Zawodnicy i sztab obiecywali wrócić ze złotem. Niestety za obietnicami nie poszło dobre przygotowanie do turnieju. Polska, z Leonem i Kurkiem była kompletnie bez formy i sensacyjnie odpadła już w ćwierćfinale. 
  • JOHN SPERAW. Miał pecha, bo jego drużynę mocno dotknęły kontuzje czołowych zawodników. Jednak w Japonii miał dostępny i sprawny niemal cały swój podstawowy skład. I ten gwiazdorski team; z Andersonem, Christensonem, Sanderem i Holtem odpadł już w grupie. Dlaczego? Bo amerykańskiemu szkoleniowcowi nie udało się tym razem zbudować zespołu. Amerykanie nie pokazali żadnego z elementów, z których słynęli w latach poprzednich: zagrywki, bloku oraz cierpliwości w rozgrywaniu kontry. Nie było też po nich widać "ducha walki", którego zawsze pokazywali w latach wcześniejszych, nawet w meczach, które przegrywali.  I to było chyba najbardziej przykre do oglądania dla kibiców USA. 

Najbardziej rozczarowująca "6" IO:  TONIUTTI* - GHAFOUR* - HOLT - MAURICIO - ŚLIWKA - LEAL* - SHOJI [L]; trener: HEYNEN

* Uważam, że Giannelli grał gorzej od Toniuttiego, Zaytsev od Ghafoura a Kubiak od Leala. Jednak kontuzja jest okolicznością łagodzącą. Nie wiadomo jak graliby bez niej. Dlatego w "6" umieściłam zawodników, którzy [oficjalnie] nie mieli problemów zdrowotnych, bo dla ich słabszej dyspozycji żadnego usprawiedliwienia nie ma. 

niedziela, 15 sierpnia 2021

[Podsumowanie] Klątwa ćwierćfinału nadal trwa. Co zawiodło w Tokyo?

 

To miał być ten moment. Po 16 latach nasi siatkarze mieli przełamać złą passę w meczach ćwierćfinałowych na Igrzyskach Olimpijskich i  awansować do półfinału tej ważnej imprezy. Oczekiwania były ogromne i trudno się im dziwić. Nasi siatkarze są dwukrotnymi mistrzami świata; drużyną która w roku przedolimpijskim [2019] zdobyła medal każdej imprezy, w której uczestniczyła. Mamy w składzie Wilfredo Leona, uważanego za najlepszego siatkarza świata. Kto więc jak nie oni miał sprawić nam radość i zdobyć upragniony medal, na który czekamy od 1978 roku? Niestety, 3 sierpnia przyniósł wielkie rozczarowanie. Medalu nie będzie, klątwa ćwierćfinału wciąż trwa. Dlaczego? Oto moja subiektywna analiza przyczyn tej gorzkiej porażki.


PYCHA

  Czy wiara środowiska siatkarskiego i samych zawodników w sukces może być czymś złym? Normalnie nie. Ale w naszym przypadku była. Dlaczego? Bo u nas związana była z lekceważeniem i umniejszaniem wartości naszych rywali. 

    Ledwie zakończył się turniej kwalifikacyjny w Gdańsku w 2019 a już wśród kibiców, dziennikarzy i ekspertów rozgorzała dyskusja na temat tego, w jakiej grupie na tych igrzyskach zagramy. Kiedy okazało się, że będziemy się mierzyć w tzw. "słabszej", kibice zgodnie uznali, że "nie mamy tam z kim przegrać" i rozpoczęli dyskusję na temat drużyn, z którymi możemy zmierzyć się w ćwierćfinale. Faworytem fanów okazała się być [o ironio] Francja, którą uznali za "o klasę gorszą" od Polski, więc teoretycznie najłatwiejszą do pokonania ["ogramy ich jedną ręką"]. Trójkolorowi nie byli jedynym zespołem, który spotkał się z lekceważeniem ze strony "najlepszych kibiców na świecie". Respekt i strach budziła w nich jedynie Brazylia, a reszta to byli "leszcze, których spierzemy w godzinę z prysznicem". W sumie trudno dziwić się kibicom, skoro kapitan naszej drużyny Michał Kubiak o rywalach mówi: "Nie traktuję ich, jako zespołu, szczególnie. Nie robią na mnie wrażenia jako gracze." - o reprezentacji Iranu; "[...] patrząc na nich, nie widzę nawet na jednej pozycji kogoś, kto byłby lepszy od nas." - o reprezentacji Włoch; "Z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że te wyniki się nie powtórzą, a jeśli już, to w drugą stronę" - o możliwości przegrania meczu 0:3 z Rosją i USA. Z perspektywy czasu słowa te brzmią jak ponury żart. Może gdyby nazwiska irańskich graczy i ich umiejętności zrobiły wrażenie na Michale Kubiaku i jego kolegach może nie przegraliby z nimi pierwszego meczu turnieju. 

    Nasza drużyna jest jedną z najlepszych na świecie. Nie jedyną najlepszą, jak usiłowała przekonywać większość ekspertów i kibiców. Siatkarze chyba w też uwierzyli, że nikt ich nie pokona. W sumie - gdybym ja czytała cały czas jaka to jestem  "the best" i "nikt mi do pięt nie dorasta", pewnie też bym w to uwierzyła. Wychodziło to w wypowiedziach przedmeczowych i pomeczowych. Nie chodzi tylko o Michała Kubiaka, bo i innym zawodnikom zdarzały się lekceważące słowa w stosunku do przeciwnika. Żaden przegrany przez naszych mecz nie był zasługą dobrej gry rywala - zawsze była to wina naszej słabszej gry, nigdy świetnej postawy przeciwnika. "Gdybym zagrał o 10% lepiej byśmy ten mecz wygrali" - mówił Fabian Drzyzga po przegranej ze Słowenią w półfinale ME19. Trudno więc się dziwić, że wśród innych drużyn zaczęła krążyć opinia, że nasi siatkarze są aroganccy i butni. "Cieszę się, że pokonaliśmy Polaków, którzy są trochę aroganccy. Od kilku lat są przekonani, że są lepsi od nas, ale myślę, że w końcu pokazaliśmy, kto tu rządzi" - powiedział po tym samym meczu Jani Kovacić, czym wywołał w naszym kraju wielkie oburzenie. Nikt nie zastanawiał się, dlaczego padły takie słowa; libero reprezentacji Słowenii został zjechany od góry do dołu. Podobnie z Amerykanami, którzy po meczu z nami na PŚ19 tez powiedzieli to samo - podobno "z zazdrości" [ciekawe, czego niby ci Jankesi nam zazdroszczą XD].

    "Najbardziej chciałabym, aby porażka naszych na tych IO nauczyła wszystkich respektu do innych reprezentacji. Żebym już nie musiała czytać, że inni są słabi i nasi szybko ich zleją. Poziom siatkówki ostatnio bardzo się wyrównał i z wieloma drużynami możemy przegrać" - napisałam na TT w niedzielę. Bo tę nadmierną pychę uważam, za jeden z powodów naszej porażki. Zawodnicy nasłuchali się jacy to oni są najlepsi i jak to "Francja im nie podskoczy". A tymczasem? Ja miałam wrażenie, że nasi są tak szokowani tym, że gra w tym spotkaniu nie układa się dla nas "lekko, łatwo i przyjemnie", że spanikowali. Serwisy na Grebennikova, brak reakcji na zmianę Brizarda i świetną grę Patry'ego, do tego wyraźnie widoczna nerwowość w naszej grze. Miałam wrażenie, że jedynie Wilfredo Leon wciąż ma zimną głowę. I to było widać. Końcowy wynik mnie nie zaskoczył. Z każdym rywalem możesz przegrać, jeśli go zlekceważysz. Choćbyś uważał, że masz nie wiadomo ile większy potencjał od niego, musisz traktować go poważnie. Potencjał nie gra. Grają ludzie, a ludzie miewają zły dzień. Trzeba zawsze brać pod uwagę taką ewentualność. Nasi nie wzięli. Byli pewni, ze ograją Trójkolorowych i za tą pychę zostali ukarani. 


SŁABA FORMA I KONTUZJE W ZESPOLE

    Już pierwszy mecz turnieju pokazał, że z formą naszych zawodników nie jest najlepiej. Iran, który przed meczem "nie robił wrażenia szczególnie", zdecydowanie się nam postawił i wrażenie zaczął robić. I to spore, bo po półtorej godziny gry okazało się, że Persowie prowadzą z nami 2:1. Udało nam się wprawdzie wyrównać, ale piąty set padł łupem rywali i mieliśmy niezbyt przyjemną niespodziankę. Owszem był to "dopiero pierwszy mecz", ale nie dało się ukryć, że nasi miewają problemy ze skutecznym atakiem, blokiem i zagrywką, a jak przychodzi do trudniejszych sytuacji, to możemy liczyć jedynie na Wilfredo Leona i Bartosza Kurka. Kolejne dwa mecze jednak zdecydowanie wygraliśmy, wiec teoria o "wypadku przy pracy" zdawała się potwierdzać. Potem jednak przyszedł mecz z Wenezuelą i szok - przegrany set do 18. A w nim znowu problemy identyczne jak w przypadku tego z Iranem. Wprawdzie całe spotkanie padło naszym łupem, ale tak gładka przegrana z wyraźnie słabszym rywalem w jednym z setów, dawała do myślenia. Potem nastąpiło kolejne uspokojenie po dobrym występie naszych przeciwko Kanadzie. A potem przyszedł feralny ćwierćfinał, w którym potwierdziły się słabości z przegranego meczu z Iranem i seta z Wenezuelą - problem z kończeniem ataku [zwłaszcza na kontrach], słaba zagrywka i blok [Francuzi pokonali nas w tym elemencie 16:4]. Wynik wszyscy znamy - adios Tokio.

    Okazało się, że świetne mecze przeciwko Japonii i Kanadzie nie oddawały realnego obrazu naszej gry. A słabości z meczów z Iranem i Wenezuelą nie były przejściowymi kłopotami. Nasza drużyna była bez formy w fazie grupowej i bez formy również w ćwierćfinale. Jedynie do Wilfredo Leona i Bartosza Kurka nie można mieć żadnych zastrzeżeń. Panowie grali naprawdę wspaniale i należy im się za to wielki szacunek. Nie zawiódł tez Paweł Zatorski. Reszta? Fabian Drzyzga w Tokio znowu był tą gorszą wersja siebie - często grał niedokładnie na skrzydła i prawie wcale środkiem. Stracił też świetną zagrywkę, którą pokazywał w PlusLidze i VNL. Mateusz Bieniek nie grał tak świetnie jak na VNL, a Jakub Kochanowski nie miał ani połowy tej świetnej formy, którą imponował w sezonie ligowym. Podobnie Aleksander Śliwka. Spełnił się czarny sen kibiców - w Tokio sędziowie nie pozwalali na nadużywanie piłek z których słynie przyjmujący ZAKSY. Pozbawiony swojego największego atutu "Olek" był cieniem samego siebie. Rezerwowi grali bardzo niewiele, a Grzegorz Łomacz prawie wcale. Jednak ze swojego zadania - zrobienia "czegoś" co odmieni losy meczu, w którym nam nie idzie - się nie wywiązali. Żaden z nich nie został tokijskim Grzegorzem Szymańskim. Szkoda. 

    Innym problemem okazały się kontuzje Michała Kubiaka i Piotra Nowakowskiego. Wiadomo, że obaj w pełni formy fizycznej i zdrowotnej byliby naszym wielkim atutem. Mówimy bowiem o podstawowym przyjmującym i środkowym naszej reprezentacji. Nie raz już pokazali swoje wielkie umiejętności. W Tokio też walczyli, aby to zrobić. Niestety bezskutecznie. 


 DECYZJE TRENERA

    Trener naszej reprezentacji, Vital Heynen, po zdobyciu MŚ18 zyskał wśród kibiców status Boga. Wszyscy, którzy kiedykolwiek ośmielili się powiedzieć o nim coś krytycznego wiedzą o czym mówię. Każdy, kto zasugerował, że jakieś zachowania czy decyzje szkoleniowca nie są dobre/są dziwne natychmiast musiał być przygotowany na atak obrońców "maga z Belgii" oraz na sugestię, ze jest idiotą, skoro nie ogarnia jego "chytrego planu". Tymczasem Heynen już od kilku lat pokazywał pewne rzeczy, które jego fani dostrzegli dopiero po IO. Trenera naszej kadry dotknęła fala ostrej krytyki, również od osób, które wcześniej wychwalały go pod niebiosa. Czym ich zawiódł? Rzeczami, które robił od dawna, ale musiała przyjść porażka w ćwierćfinale w Tokio, żeby je zauważyć.

      • Uzależnienie kadry od Michała Kubiaka

    O tym, że Kubiak jest ulubieńcem Heynena wiedzieli wszyscy w Polsce i we wszechświecie. Belgijski trener nie ukrywał, że widzi w nim najważniejszego zawodnika kadry i jej lidera. Powiedział wprost, długo przed ogłoszeniem kadry na IO, że Kubiak jest pewniakiem do wyjazdu i pojedzie tam, nawet z urwaną nogą. Słowa dotrzymał, bo przyjmujący poleciał do Japonii z kontuzją pleców, która uniemożliwiała mu grę na pełnym dystansie w meczach grupowych. Sztab szkoleniowy przekonywał jednak, że na ćwierćfinał nasz kapitan będzie gotowy. Niestety nie był. Jak wyglądała jego gra, wszyscy widzieliśmy. Kubiak starał się jak mógł, ale ból nie pozwolił na wiele. 

    Czy Michał Kubiak powinien był jechać do Tokio? Tu zdania są podzielone. Słyszałam gdzieś opinię, że można było go zabrać do Japonii jako członka sztabu szkoleniowego. I jeśli taka opcja była rzeczywiście możliwa, to szkoda, że z niej nie skorzystano. Michał byłby dalej wśród chłopaków jako mentalny przywódca drużyny, ale jednocześnie nie blokowałby miejsca dla zdrowego gracza. Jego sytuacja zdrowotna nie dawała szansy na wniesienie czegoś dobrego do gry, pomoc zespołowi. W pełni sprawny zawodnik byłby bardziej przydatny. Wtedy też pozostali wiedzieliby, że na Kubiaka na boisku liczyć nie mogą i nie tkwiliby w zawieszeniu, nie znając swojej roli w zespole. Bo sytuacja ta wyraźnie nie posłużyła Aleksandrowi Śliwce, który nie wiedział czy w końcu jest podstawowym graczem czy rezerwowym. Przez ciągłą rotację nie był w stanie dostatecznie zgrać się z resztą szóstkowych zawodników. No i nie wierzę, że z tył głowy nie siedziała mu myśl, że zastępuje niezastąpionego kapitana, któremu do pięt nie dorasta.

    Rozumiem Vitala Heynena, że kontuzja Michała posuła mu wszystkie plany i założenia. Ale miał też sporo czasu na opracowanie planu awaryjnego [o kontuzji Kubiaka mówiło się już w czerwcu pod koniec VNL]. Skoro widział, że sytuacja nie poprawia się, a opcji zostawienia kapitana nie brał pod uwagę, może po prostu powinien był powierzyć mu rolę rezerwowego, a w szóstce zgrywać kogoś  z dwójki Śliwka/Semeniuk? Myślę, że dałoby to zespołowi więcej pewności na boisku w najważniejszych momentach. A tak? Ani jeden ani drugi nie wiedzieli jak długo na boisku będą przebywać, nawet jeśli ich gra będzie dobra. Potwierdził to sam Vital Heynen, kiedy po meczu z Włochami oznajmił, że Michał Kubiak sam zdecydował, że wejdzie na boisko, a potem kiedy z niego zejdzie. Sam się wpuścił na boisko. Taka rzecz to w moim zespole nowość. W trzecim secie podszedł do mnie i powiedział: „Vital, idę grać”. A potem sam się zdjął. Mieliśmy rozmowę w stylu: „Zostań jeszcze chwilę”. „Nie, nie. Już wystarczy” - moim zdaniem takich rzeczy nie powinno się mówić nawet w żartach. Ale ta wypowiedź pokazuje, jak wiele do powiedzenia w zespole ma Michał Kubiak. Tak nie powinno być, niezależnie od wielkich zasług tego gracza dla naszej kadry. Takie rzeczy nigdy dobrze się nie kończą. I tym razem też tak było.

      • Brak reakcji na wydarzenia boiskowe i niechęć do zmian
    Vital Heynen jest naprawdę świetnym trenerem. Niestety, jest też trenerem niezwykle upartym, który gdy zaplanuje coś sobie przed meczem, to się tego trzyma. Nawet jeśli sytuacja meczowa pokazuje, że pomysł jest zły, będzie go kontynuował i nawet wizja przegrania meczu tego nie zmieni. Było to widać już w 2019 roku, ale jako że wówczas więcej meczów wygrywaliśmy niż przegrywaliśmy, pewnie mało kto zwrócił na to uwagę. 
    Vital lubi trzymać się założeń przedmeczowych. Pamiętam mecz na PŚ19 ze Stanami Zjednoczonymi. Od początku spotkania rzucało się w oczy, że taktyka naszego zespołu to zamęczenie serwisami skrzydłowego Jankesów, Aarona Russella. Tyle tylko, że już po secie było widać, że ona nie działa. Ani nie ustrzeliliśmy na nim asów, ani też nie wpłynęliśmy tym negatywnie na jego grę w ataku. Aż się prosiło o zmianę taktyki, tym bardziej, że wyraźnie zły dzień miał drugi przyjmujący ekipy USA. Kiedy zaczęliśmy na niego serwować w jednym z setów, wygraliśmy go i ściągnęliśmy tego zawodnika z boiska. Co nakazuje Vital na następny set? Serwować na Russella. Tyle, że nadal to na niego nie działa i skutkuje to przegraniem seta i meczu... Inna rzecz - niechęć do zmian, nawet gdy zawodnikowi wybitnie nie idzie. Przykład? Słynny półfinał ME19 ze Słowenią. W meczu tym ewidentnie nie szło ani Michałowi Kubiakowi, ani Fabianowi Drzyzdze. Co zrobił Vital Heynen? Trzymał ich na boisku. Do końca. Mecz przegraliśmy. 
    Dlaczego to wspominam? Bo to właśnie te same błędy Vital popełnił w meczu z Francją w Tokio. Nasz szkoleniowiec przyjął założenie, że trzeba serwować na Jenię Grebennikova. Tyle tylko, że już po pierwszym secie było widać, że to kiepski pomysł. Za to ewidentnie rzucało się w oczy, że jeden ze skrzydłowych ekipy Trójkolorowych, Trevor Clevenot, ma problem i w przyjęciu i ataku. Co zrobiłby zwykle trener? Kazał wykończyć serwisami Clevenota. Co robił Vital? Kazał nadal serwować na Grebennikova. To samo ze zmianami. Widać było w pewnym momencie, że Fabian Drzyzga ma problem na boisku. Nasz szkoleniowiec jednak kompletnie na to nie zareagował, nie ściągnął go nawet na 5 minut, nie dał mu szansy na spojrzenie na to z boku i oczyszczenie głowy. W 2019 roku brak zmiany dla Fabiana tłumaczył nieobecnością Grzegorza Łomacza. Teraz jednak miał Grzegorza Łomacza, czemu więc nie wpuścił go na boisko? Bo uważa, że na pozycji rozgrywającego nie powinno się za wiele mieszać. Tymczasem Marcelo Mendez nie wahał się zdejmować z boiska De Cecco [bez dwóch zdań najlepszego rozgrywającego tych igrzysk], a Laurent Tillie zdecydował się już od ćwierćfinału zastąpić Toniuttego Brizardem. Czy te zmiany namieszały? Tak, na tyle że jedni mają brąz a drudzy złoto. A by, bez "mieszania"- miejsce piąte. 

            • Zła taktyka przedmeczowa
    Mecz z Francją przegraliśmy też z powodu złych założeń taktycznych. Jak można kazać zawodnikom serwować na Jenię Grebennikova, jednego z najlepszych libero świata? Toż to samobójstwo. Nawet jeśli nasz trener chciał spróbować, czy Jenia nie ma czasem "złego dnia" - już po pierwszym secie było widać, że nie. Powinna nastąpić natychmiastowa zmiana taktyki i serwowanie wyłącznie na Ngapetha/Clevenot. Tak się jednak nie stało. Inna niezrozumiała rzecz - dlaczego nie był rozpisany Antoine Brizard? Przecież w tym roku ten zawodnik grał równie dużo [o ile nie więcej] jak Toniutti. Poza tym, on grał kilka sezonów w naszej lidze. A nasi zawodnicy zachowywali się, jakby go pierwszy raz na oczy widzieli. Robił z naszym blokiem co chciał, jego koledzy raz za razem atakowali na pojedynczym/podwójnym lotnym bloku. Do tego zaskoczył nas zagrywką i blokiem. Naprawdę nie wiedzieliśmy, ze Brizard jest niebezpieczny w tych elementach? Tak samo dziwne było, że pierwszą opcją naszych blokujących był... Earvin Ngapeth. Dlaczego? Bo od przełomowego dla Francuzów meczu z  Rosją ich liderem był Jean Patry. Nie rozumiem dlaczego nie był on głównym wyborem naszych środkowych? Owszem, atakujący Trójkolorowych miał olbrzymią skuteczność, nawet z sytuacyjnych piłek na podwójnym-potrójnym bloku. I może faktycznie tego dnia ilość blokujących nie miała dla niego znaczenia. Ale to, że tyle razy miał okazję atakować na niemal czystej siatce to przesada. Tym większa, że do połowy czwartego seta Clevenot i Ngapeth wykręcali skuteczność ok.30-40%. Nasz sztab tego nie widział czy jak?



BRAK PSYCHOLOGA W KADRZE

    Wielu polskich sportowców w Tokio otwarcie przyznawało się do korzystania z pomocy psychologa i twierdziło, że ta współpraca bardzo im pomogła w osiągnięciu świetnych wyników. Dlatego jest dla mnie niezrozumiałym, dlaczego tego typu specjalista nie był do dyspozycji naszych siatkarzy? Tym bardziej, iż nasi mają ewidentny kompleks ćwierćfinału, co było widać szczególnie pod koniec czwartego i w piątym secie. Wystarczyło spojrzeć na Bartka Kurka, żeby dostrzec, że niektórzy stracili pewność siebie i są nerwowi. Może gdyby do dyspozycji zawodników był psycholog, naszych nie spięłaby tak bardzo konieczność gry "na styku" w końcowym fragmencie meczu. Może nie bali by się wtedy podejmowania odważnych decyzji i odnieśliby sukces? Jasne, gdybam. Ale psycholog na pewno by nie zaszkodził. 


PODSUMOWANIE

    Składowymi sukcesów i porażek jest wiele czynników. Myślę, że wszyscy polscy kibice woleliby teraz omawiać przyczyny sukcesu, mając na tapecie laptopa/telefonu zdjęcia naszych chłopaków z medalem na szyi. Jest jednak inaczej i z porażki w Tokio tez trzeba wyciągnąć wnioski, aby tych błędów nie powtórzyć na następnych imprezach. Wciąż jesteśmy przecież jedną z najlepszych reprezentacji świata. Musimy jednak odrzucić na dobre tezę "my najlepsi reszta leszcze" - na świecie kilka drużyn gra świetnie w siatkówkę i możemy z nimi przegrać. Trener powinien równo traktować zawodników - nie czynić z żadnego z nich Boga czy osoby lepszej od innych, bo to zawsze źle się kończy. Nikt nie powinien być ani w  kadrze, ani na boisku "za zasługi" - jeśli w danym meczu gra źle, powinien być zmieniony. Zawodnicy nie powinni tez się wstydzić szukania pomocy u psychologa i taki psycholog powinien być w sztabie naszej kadry na stałe. Wreszcie, potrzebny jest elastyczny szkoleniowiec, reagujący na wydarzenia boiskowe. Jeśli dla trenera ważniejsze od zwycięstwa jest udowodnienie swojej nieomylności, to może powinien odpocząć. Będzie lepiej i dla niego i dla zawodników. 
    
    Przekonanie o swojej sile i umiejętnościach, połączone z odpowiednim szacunkiem [nie mylić z obawą] do rywala oraz trenerem, patrzącym dalej niż czubek własnego nosa i reagującym odpowiednio na wydarzenia boiskowe, da nam na pewno jeszcze niejeden sukces w przyszłości. Może już za rok?

wtorek, 10 sierpnia 2021

[Podsumowanie] Klęska faworytów w Tokyo! Czy szykuje się nowy układ sił w światowej siatkówce?


 W niedzielę zakończyły się Igrzyska Olimpijskie w Tokyo. Impreza oczekiwana przez wszystkich. I sportowców i kibiców. Przesunięta o rok, z powodu pandemii koronawirusa, miała dać nadzieję na powrót normalności i emocji w  świecie sportu. Normalności jednak do końca nie było, bo impreza odbywała się w ścisłym reżimie sanitarnym i bez kibiców. Ale i tak przyniosła wiele niezapomnianych wrażeń i niespodzianek. Szczególnie w siatkówce, w której to turniej olimpijski przewrócił cały układ sił do góry nogami! Dowód? Medale dla Francji, Rosji i Argentyny!


FAWORYCI BUKMACHERÓW I KIBICÓW

    Polska, Brazylia i Stany Zjednoczone. Te zespoły w ostatnich latach dzieliły się medalami w największych imprezach. Stały one na podium ostatnich Mistrzostw świata oraz Pucharu Świata i to one były wymieniane w gronie największych faworytów do złotego medalu w Tokyo. Do tej grupy dodawano zwycięzców Ligi Narodów 2018 i 2019 - Rosjan oraz Włochów, którzy niby żadnej imprezy nie wygrywają, ale na Igrzyskach Olimpijskich zawsze wskakują do czołowej czwórki. Z tej grupy oczekiwania potwierdzili jedynie Rosjanie, którzy zdobyli brązowy medal. Nieoczekiwanym mistrzem olimpijskim zostali Francuzi, a jeszcze bardziej sensacyjnym zdobywcą brązowego medalu - reprezentacja Argentyny! Kto obstawił takich medalistów u bukmacherów jest dziś milionerem;-)

    

WIELCY NIEOBECNI I PLAGA KONTUZJI

    Igrzyska są najważniejszą imprezą czterolecia. Tym większa jest szkoda, kiedy plany zespołów i zawodników krzyżują kontuzje. A w Tokyo lista graczy mniej lub bardziej kontuzjowanych była niezwykle długa i prestiżowa. Aaron Russell, Dmitri Muserskij - ich w ogóle w Tokyo nie zobaczyliśmy. Simone Giannelli, Ivan Zaytsev, Michał Kubiak, Piotr Nowakowski, Earvin Ngapeth -im niedyspozycja zdrowotna utrudniła/uniemożliwiła pokazanie wszystkich swoich wielkich umiejętności. Kto wie jak wyglądałaby gra zespołów i ich pozycja w tabeli grupowej oraz gra w dalszej fazie rozgrywek, gdyby mogli skorzystać z tych zawodników, będących w 100% dyspozycji? Być może USA z Aaronem Russellem w składzie nie przegrałoby z Argentyną i ugrałaby coś z Rosją lub Brazylią? Być może Włosi z pełni zdrowym Ivanem Zaytsevem i Simone Giannellim graliby lepiej w grupie i ją wygrali? A potem stoczyliby pasjonujące widowisko w ćwierćfinale? Być może Polska z w pełni zdrowym Michałem Kubiakiem i Piotrem Nowakowskim nie odpadłaby w ćwierćfinale? Jasne, to tylko gdybanie. Pewne jest jedynie, że brak tych zawodników wpłynął na poziom sportowy ich zespołów, co przełożyło się też na poziom całych Igrzysk, który najwyższy nie był. Szkoda.


FALUJĄCA FORMA ZESPOŁÓW

     Poziom igrzysk obniżała też falująca forma zespołów, startujących w turnieju. Żadna z drużyn nie przyjechała na IO w pełni formy. Dowód? Polska męcząca się z Iranem i przegrywająca seta z Wenezuelą oraz Brazylia męcząca się z Argentyną i przegrywająca łatwo z Rosją. Naprawdę ciężko było przewidzieć jakiś wynik. Rosja jednego dnia ogrywa do zera Brazylię, aby dwa dni później przegrać dość wyraźnie z Francją. Francja jest zmiażdżona przez USA, przegrywa z Argentyną, aby następnie wygrać z Rosją i stoczyć wyrównany pięciosetowy bój z Brazylią. USA gładko ogrywa Francję, potem minimalnie przegrywa z Rosją i Brazylią, aby na koniec zostać pokonaną przez Argentynę. Argentyna bije się jak równy z równym z Brazylią, ogrywa Francję, męczy się ze słabiutką Tunezją, a następnie ogrywa łatwo USA. I bądź tu człowieku mądry jaki wynik przewidzieć i na kogo postawić. 


FENOMENALNA ARGENTYNA 

    Argentyna już od początku igrzysk pokazywała dobrą grę i z każdym kolejnym meczem coraz bardziej zjednywała sobie sympatię kibiców. Grali odważnie, kombinacyjnie i widowiskowo. Już w pierwszym meczu sprawili kłopot Rosji, która musiała się sporo namęczyć, aby ich pokonać. W następnym meczu zagrali jeszcze lepiej. Prowadzili już z Brazylią 2:0 i mogli ich pokonać 3:1, ale chyba wystraszyli się wielkiej szansy, jaka przed nimi stała i ostatecznie przegrali 2:3. Ta porażka nie załamała ich jednak, bo w następnym meczu grali jak równi z równym z Francuzami i pokonali ich 3:2. Ta wygrana postawiła ich w komfortowej sytuacji i chyba trochę rozluźniła, bo mecz z Tunezją rozpoczęli od przegrania dwóch pierwszych setów. Opanowali jednak nerwy i również to spotkanie rozstrzygnęli na swoją korzyść. Rozgrywki w grupie zakończyli z przytupem, pokonując gładko Amerykanów. I na tym nie poprzestali. w ćwierćfinale odprawili po pięciosetowym boju Włochów. I choć w półfinale ulegli Francji, ta porażka nie zniszczyła ich woli walki. W meczu o trzecie miejsce twardo postawili się Brazylijczykom i... znowu wygrali. Stali się tym samym autorami największej niespodzianki tego turnieju i sprawili mega frajdę sobie i swoim rodakom. 


FRANCJA JAK FENIKS Z POPIOŁÓW

    Konia z rzędem temu, kto po pierwszym dniu postawiłby pieniądze na to, że Francja zostanie mistrzem olimpijskim. Sromotna porażka z USA oraz przegrana z Argentyną postawiła Trójkolorowych w arcytrudnej sytuacji. Żeby wyjść z grupy musieli ograć Rosjan i zrobili to! Potem znowu stoczyli wyrównany bój z Brazylią, który wprawdzie przegrali, ale dał im on bezcenny punkt na wagę awansu do ćwierćfinału. Tam czekała na nich Polska i wydawało się, że na tym ich przygoda na turnieju olimpijskim się skończy. Ale nie. Francuzi pokazali to, co wiedzą wszyscy ich kibice - że są waleczną drużyną. Kiedy przegrywali z biało - czerwonymi 1:2 w setach i 4:7 w secie czwartym, nie poddali się. Wyciągnęli tego seta a potem cały mecz. A potem poszli za ciosem, rewanżując się Argentynie w półfinale za porażkę w grupie. Wygrana z Albicelestes 3:0 dała im awans do finału. Tam również nie szło im łatwo. Niby prowadzili 2:0 w setach, ale potem ustąpili pola Rosji. Sborna doprowadziła do remisu w setach 2:2, a w tie breaku prowadziła już 6:3. Ale tu znowu waleczność Francuzów dała o sobie znać - spokojnie doprowadzili do remisu, a potem na ostatniej prostej wyprzedzili rywali i... są mistrzami olimpijskimi!


ZAWÓD ZE STRONY USA, POLSKI I BRAZYLII

    Jeszcze kilka miesięcy temu wielu wieszczyło, że te drużyny podzielą między siebie medale olimpijskie. W sumie najbliżej tego medalu była Brazylia, która przegrała go dopiero w meczu o brązowy medal. Pamiętając jednak, że niewiele ponad miesiąc temu Bruno i spółka wygrali w  imponującym stylu Ligę Narodów, chyba nikt się nie spodziewał braku tej drużyny w  finale olimpijskim. Tym bardziej, że od 2004 roku Brazylia zawsze w tym finale była. Ale jak widać, wszystko ma swój początek i koniec. Bardziej przykrym dla kibiców "kanarkowych" może być fakt, że Brazylia grała naprawdę mocno średnio. Z żadnym z rywali w grupie nie wygrali przekonująco, z demonstracją siły. Z Rosją przegrali 0:3, z Argentyną wymęczyli 3:2 [choć powinni byli przegrać 1:3], z USA niby wygrali 3:1, ale wynik był tak na styku, że równie dobrze mógł iść w drugą stronę. Podobnie z Francją - wygrana 3:2, w tie breaku na przewagi. A przecież Trójkolorowi mieli piłki meczowe, z których [na szczęście dla Brazylii] nie skorzystali. Problem mieli również w drugim secie meczu ćwierćfinałowego z Japonią. Tu udało się im wybrnąć spokojem i doświadczeniem i ostatecznie wygrać cały mecz. Jednak tego, co stało się w meczu z Rosją, "normalna Brazylia" nigdy by nie zrobiła. W meczu było 1:1. W trzecim secie Brazylia prowadziła 20:13 i... przegrała tego seta 24:26, a w konsekwencji również czwartego i cały mecz. Równie zaskakujące było spotkanie o brąz. Przy prowadzeniu 2:1 podopieczni Renana dal Zotto stanęli... i do końca meczu nie ruszyli. Mój wniosek - nie dojechali z formą, a tylko fakt, że inne drużyny w ich grupie też nie dojechały, uratował ich przed kompromitacją. Trochę mniej szczęścia w meczu z USA, Francją i  [przede wszystkim] Argentyną i mogli jechać do domu po fazie grupowej. A to byłaby katastrofa. Podobnie jak gra Leala i Wallace'a - dawno nie widziałam tych panów w tak złej dyspozycji.

     Jeszcze większy zawód sprawiły Stany Zjednoczone, które w ogóle z tej grupy nie wyszły. Szok był tym większy, że początek turnieju tego nie zapowiadał. USA lekko, łatwo i przyjemnie ograło Francję i wydawało się, że po nieudanej Lidze Narodów, Amerykanie wreszcie się dotarli i teraz będzie tylko z górki. Niestety, imponującego stylu gry z  pierwszego meczu, nie przenieśli na kolejne. Zgoda, mieli trochę pecha w meczu z Rosją i Brazylią, ale dużo było tez w tym ich winy. Szczególnie w meczu z Rosją - w pierwszym i czwartym secie zmarnowali sporą przewagę, pozwalając rywalom się wyprzedzić i te sety wygrać. Spotkanie z Tunezją też nie było dla nich łatwe. Ale tego, co zrobili w meczu z Argentyną - to był szok. Niby wszyscy kibice USA wiedzą, że ich ulubieńcom z Albicelestes gra się ciężko. Ale oni nie grali kompletnie nic, zostali całkowicie zdominowani przez Argentynę i żaden zawodnik [poza Mitchem Stahlem] nie zaliczy tej gry do udanych. Brak awansu do ćwierćfinału to wielka klęska tego zespołu. Jasne, można się usprawiedliwiać nieobecnością Aarona Russella, ale to nie do końca zgodne jest z prawdą, bo Torey Defalco grał naprawdę dobrze i godnie zastąpił utytułowanego kolegę. Stanom Zjednoczonym brakowało ich koronnego elementu - dobrej zagrywki, bloku i trochę skuteczności w ataku. Im dalej w turniej, tym gorzej wyglądała ich gra. Mają o czym myśleć po tych Igrzyskach.

    O reprezentacji Polski napiszę osobny tekst, więc teraz tylko krótko - dwukrotni mistrzowie świata, drużyna, która w ostatnich latach z każdego turnieju przywoziła medal, z uważanym za najlepszego zawodnika na świecie - Wilfredo Leonem w składzie, odpada już w ćwierćfinale IO. Jasne, można mówić o pechu i o tym, że przegraliśmy minimalnie. Ale nasza gra w grupie też nie zachwycała. Wilfredo Leon i Bartosz Kurek wystarczali na Kanadę, Włochy i Japonię. Na Francję to już nie wystarczyło. 


ZMIENNICY W ROLI GŁÓWNEJ

    Słaba dyspozycja zespołów i zawodników wymuszała na trenerach liczne zmiany. Nawet szkoleniowcy, którzy normalnie są zmianom niechętni, tym razem śmiało korzystali z całej dwunastki swoich graczy. Sztandarowym przykładem był Renan dal Zotto. Trener reprezentacji Brazylii nie wahał się posadzić na ławce Bruno, Leala czy Lucarelliego, wprowadzając w ich miejsce Fernando czy Douglasa. Z sukcesami. Ten pierwszy wyciągnął mu seta z Japonią w ćwierćfinale, a drugi  zrobił wiele dobrego m. in w meczach z Argentyną czy Rosją. Innym świetnym zmiennikiem okazał się być Jarosław Podlesnych, który w półfinale i finale godnie zastąpił Dmitrija Wołkowa i znacząco przyczynił się do pokonania Brazylii w półfinale czy też podjęcia walki z Francją w finale. Z dobrej strony pokazał się też Mitch Stahl. Mimo iż był najmniej doświadczony ze wszystkich środkowych w swoim zespole, radził sobie najlepiej i do niego można mieć najmniej pretensji. Dużo dobrego dla swojego zespołu zrobił też [szczególnie w meczu grupowym z Francją] Cristian Poglajen. Argentyński przyjmujący był wtedy nie do zatrzymania przez blok i pewny w przyjęciu. Ale prawdziwym królem zmienników okazał się być Antoine Brizard. Rozgrywający reprezentacji Francji wszedł na boisko w ćwierćfinale z Polską, zastępując Bena Toniuttiego i pozostał w podstawowej szóstce do końca turnieju. Brizard znakomicie rozgrywał, a do tego super serwował [zwłaszcza w meczu z Polską i Rosją] oraz blokował. Pokazał też, że ma nerwy ze stali, decydując się na kiwkę z drugiej piłki przy stanie 13:12 dla Francji w piątym secie finałowego meczu. Nic tylko pozazdrościć Trójkolorowym rozgrywającego - jednego i drugiego.


CZAS NA NOWE ROZDANIE?

    Czy końcowe wyniki turnieju olimpijskiego są początkiem zmian w układzie sił w światowej siatkówce? Nie sądzę. Francja już od dłuższego czasu pokazywała, że jest świetnym i bardzo groźnym zespołem. Brakowało im jedynie potwierdzenia tego w sukcesie w postaci medalu. W Tokyo im się to udało. Ale oni byli w czołówce, są i będą. Argentyna też nie jest zespołem znikąd. Od lat biorą udział w wielkich imprezach. Nie raz ogrywali faworytów. W Tokyo bardzo wiele dał im fakt, ze oprócz wyśmienitych środkowych  [Sole i Loser], libero [Danani] oraz rozgrywającego [De Cecco] na wyskoki poziom wskoczyli też przyjmujący [Palacios i -szczególnie- Conte] oraz atakujący [Lima]. Owszem, pomogła im słabsza forma faworytów, ale czy to umniejsza ich sukces? Absolutnie nie. I sądzę, że jeśli ich skrzydłowi utrzymają taką grę, to w przyszłości niejednemu czołowemu zespołowi w świetnej dyspozycji narobią problemów.

    Czy fakt, że Stany Zjednoczone nie awansowały do ćwierćfinału angle robi z nich zespół słaby, którego trzeba przestać się bać? Amerykanie wyleczą swoich zawodników [Russell, Sander, Holt], Anderson po rozegranym sezonie też będzie innym graczem niż w Japonii. Jeszcze niejednego ograją. Podobnie jak Brazylia. Wszyscy widzieliśmy na Lidze Narodów jak potrafi grać ten zespół, będąc w formie. To, że na jeden turniej jej zabrakło, nie czyni z nich słabeuszy. Podobnie jest z reprezentacją Polski. Nasi środkowi są przecież świetni; podobnie jak Aleksander Śliwka  - nie raz to potwierdzili i jeszcze nie raz potwierdzą. Ćwierćfinał zagrali źle, ale to nie znaczy, że są złymi zawodnikami. Myślę, że jeszcze nie raz zespoły te znajdą się na podium. A fakt, ze do tej trójki [plus Rosja] doszły inne, to dobra wiadomość dla nas, kibiców. Oznacza to więcej emocjonujących i stojących na wysokim poziomie meczów. Polska, USA, Brazylia, Rosja, Francja, Serbia, Słowenia, Włochy na jednym turnieju? To może być piękna siatkarska uczta na przyszłorocznych Mistrzostwach Świata. I już nie mogę się tego turnieju doczekać.  



czwartek, 6 maja 2021

[Podsumowanie] Lube-Włochy-Dominacja czyli o tegorocznym sezonie ligi włoskiej

  •  


Zakończył się sezon Superligi we Włoszech. Był to jeden z najdziwniejszych, jakie miałam okazję oglądać. Nie tylko dlatego, że rozgrywki torpedował koronawirus. Swoje dołożyli również działacze, którzy wymyślili wiele dodatkowych, nikomu do niczego niepotrzebnych rozgrywek w grupie od 5 miejsca w dół. O ile faza zasadnicza dawała mi, jako kibicowi emocje, o tyle play offy mnie zawiodły. Począwszy od meczów półfinałowych były one nudne jak flaki z olejem. Nie padła żadna niespodzianka, a forma zespołów i ich styl gry pozostawiał wiele do życzenia. In plus wyróżniało się jedynie Volley Lube i to oni, jak najbardziej zasłużenie, zdobyli wymarzone Scudetto. 



    Jakiś czas temu pisałam tutaj, że Cucine Lube Civitanova od lat gra w taki sposób, który robi wrażenie. Można ich lubić mniej lub bardziej [albo też wcale], ale na ich meczach kibic dostaje zazwyczaj to, czego się spodziewał czyli bardzo dobrą i urozmaiconą siatkówkę, w którą grają wszyscy zawodnicy. Tak samo było w tym sezonie, w którym od początku byli dla mnie jednym z głównych faworytów do scudetto. Z początku, owszem grali niemrawo i nieprzekonująco, ale swoje mecze wygrywali. Z czasem jednak było coraz lepiej, choć zdarzały się zaskakujące wpadki [porażka 1:3 z Vibo Valentią] i kilka wygranych dopiero w pięciu setach. Głównie to sprawiło, że [ku mojemu zaskoczeniu] Lube nie wygrało fazy zasadniczej. Play offy też zaczęły się dla nich pechowo, po tym jak koronawirusa wykryto u dwóch ich podstawowych zawodników [De Cecco, Leal]. Pierwszy mecz z Modeną został przesunięty, ale kiedy doszedł do skutku, Lube nie pozostawiło rywalowi żadnych złudzeń i nawet bez dwójki swoich liderów łatwo zakończyło rywalizację. W półfinałach i finałach przegrało zaś tylko po jednym meczu i to tylko dlatego, że najlepszy mecz w sezonie zagrały gwiazdy ich rywali [Lucarelli, Leon]. W pozostałych zaś udowodnili, kto jest najlepszy. Największą siłą Lube była, jest [i będzie] ich zespołowość. Wystarczy spojrzeć w statystyki, aby się przekonać, że niemal w każdym meczu, wszyscy ich skrzydłowi dostają praktycznie po tyle samo piłek. Nie ma, że któregoś "chowają", a inny dostaje dwa razy tyle co ten ukryty. Do tego należy dodać Simona, który potrafi zakończyć mecz z takim samym lub nawet lepszym wynikiem punktowym od przyjmujących/atakującego. Dlatego grać przeciwko nim jest niezwykle trudno. Do tego dochodzą indywidualności, które potrafią utrzymać tę drużynę w trudnych momentach. Jak nie Leal to Juantorena, jak nie Juantorena to Rychlicki, jak nie Rychlicki to Simon, jak nie Simon to Anzani. Praktycznie każdy z nich miał swoje "5 minut" w którymś z meczów półfinałowych/finałowych. Nie zapominamy o Luciano De Cecco i Fabio Balaso i mamy zespół kompletny. Kapitalną drużynę, która zasłużenie stanęła na szczycie. Mistrzostwo i Puchar Włoch - wiele zespołów nie pogardziłoby takimi zdobyczami.

    To, że w finale wystąpiła drużyna Sir Safety Perugia było dla mnie niezbyt miłym zaskoczeniem. Z całym szacunkiem dla Leona, ale grali naprawdę brzydko. Ja wiem, że siatkówka to nie jazda figurowa na lodzie i not za styl się nie daje, ale ich, serio, ciężko było oglądać. Leon, Leon, Leon, Leon, Sole, Leon, Leon, Płotnicki, Leon, Leon, Leon etc. Tak to wyglądało przez cały sezon. I o ile w fazie zasadniczej taka gra zdawała egzamin, o tyle w play offach napotkali duże problemy. Widać było z czasem, że Leon zaczyna mieć dość, że zaczynają opuszczać go siły i jego gra z każdym kolejnym meczem była coraz mniej efektywna. Nie jest to w żadnym stopniu krytyka naszego przyjmującego - i tak długo wytrzymał tę harówkę i ciągnięcie za uszy zespołu. Ale nawet Wilfredo nie jest ze stali i ten słabszy moment musiał kiedyś i na niego przyjść. Takiej sytuacji powinien był przeciwdziałać trener zespołu, ale Vital Heynen zamiast obmyślać, jak tu pomóc swojemu liderowi, wolał zająć się wojenką z kapitanem zespołu, Aleksandarem Atanasijevićem. Vital, jak wiadomo, lubi pokazać, że on i tylko on ma rację [nawet gdy jej nie ma] i Atanasijević, dopóki Heynen był trenerem, parkietu nie powąchał na dłużej niż 5 minut. A kiedy trener się zmienił było już za późno. Atakujący Perugii po ponad siedmiomięsięcznym staniu w kwadracie niewiele mógł pomóc zespołowi, choć w ostatnim meczu finałowym pokazał, że wciąż ma papiery na granie. Może gdyby został wprowadzany do zespołu stopniowo i wcześniej, losy finału potoczyłyby się inaczej? Tego się nigdy nie dowiemy. Chociaż srebro Perugii to i tak świetny wynik. Przecież oni powinni byli odpaść już w ćwierćfinale, w rywalizacji z Alianzem Milano. Mediolan wygrał pierwsze starcie i [w rywalizacji do dwóch wygranych] w drugim meczu mieli 1:0, a w drugim i trzecim secie wypracowali taką przewagę w końcówkach, że do dziś nie wiem, jak to roztrwonili i przegrali te sety a potem cały ten mecz i mecz nr 3. Również w półfinale Perugia miała szczęście, trafiając na rewelację tegorocznych rozgrywek, Vero Volley Monzę. Tutaj akurat zaprofitowało wygranie fazy zasadniczej, na co Perugia ofiarnie pracowała cały sezon. Tę rywalizację Leon i spółka przeszli gładko i znaleźli się finale. Ale tam czekało Lube, a Lube to nie Alianz Milano, ani Vero Volley Monza i pokazało to na boisku, obnażając wszystkie słabości Perugii. Wprawdzie Atanasijević i spółka byli w stanie wygrać jeden mecz w finale, ale to tylko dzięki Leonowi, który chyba zebrał resztę sił które miał na to jedno spotkanie. Więcej nie był w stanie z siebie dać. Co się odwlekło to nie uciekło i sprawiedliwości stało się zadość. Szczerze? Cieszę się, że Perugia to przegrała. Gdyby zespół grający w TAKI zdobył mistrzostwo, byłaby to obraza dla siatkówki i zdeprecjonowanie poziomu całej ligi. Oby w następnym sezonie prezes Perugii zrozumiał, że aby odnieść sukces musi zbudować zespół w taki sposób, jak zrobił to w sezonie 2017/2018. Jeśli dalej będzie liczył tylko na Leona, również w następnym roku nic nie ugra.

    Kolejnym po Perugii zespołem, który mnie rozczarował, był Itas Trentino. Przed sezonem widziałam w nich faworyta do złota, a już na pewno zespół, który zagra w finale. Przecież oni ściągnęli Nimira [czołówka na swojej pozycji na ten moment], Podrascanina [świetny środkowy] i Lucarelliego [również czołówka na swojej pozycji] a niektóre niżej notowane zespoły grały ładniej od nich. Może wyjdę na laika i naiwniaka, ale naprawdę wierzyłam, że tercet Nimir-Lucarelli-Kooy będzie prezentował się lepiej od tercetu Vettori-Russell-Kovacević oraz że duet Podrascanin-Lisinać zrobi większą różnicę niż duet Lisinac-Candellaro. A tu klops. Przecież już początek ligi mieli straszny, przegrywali mecze w naprawdę kiepskim stylu i mówiło się, ze jeśli tak dalej będzie, trener Lorenzetti straci pracę. Jednak potem drużyna się ogarnęła, wygrali kilkanaście spotkań z rzędu [pokonali Lube i Perugię], więc liczyłam, że znaleźli swój rytm i tak będzie do końca. Jednak finały Pucharu Włoch pokazały, że niekoniecznie tak jest. Trento zostało rozbite w półfinale przez Perugię i jasno uwidoczniło się to, co i wielu kibiców od dawna mówiło - gra Trento jest zbyt zależna od gry Nimira. Kiedy Holender gra świetnie - Trento wygrywa, ale kiedy gra źle - Trento nie ma. We wspomnianym wyżej półfinale Pucharu Włoch Perugia wyeliminowała z gry Nimira [co dla dobrego zespołu, nie jest trudne] i Trento nie grało nic. Najgorsze było to, że trener Lorenzetti nie wyciągnął wniosków z tej sytuacji i nie wypracował ze swoim zespołem wariantów na wypadek słabej gry Nimira w dalszej części sezonu. To mogło się zemścić już w ćwierćfinale, ale Trento miało szczęście, trafiając na Gas Sales Piacenzę ze słabo dysponowanym Grozerem i kontuzjowanym Russellem. Mimo tego w pierwszym meczu Giannelli i spółka nie potrafili zatrzymać przyjmującego reprezentacji USA, który ledwie skakał, a po każdym lądowaniu krzywił się z bólu. Nie potrafili tez przyjąć zagrywek Olega Antonowa. Gdyby nie wydatna pomoc Baranowicza w setach 4 i 5, nie wiadomo jak potoczyłby ten mecz. Jeszcze gorzej było w meczu numer dwa miedzy tymi zespołami. Wprawdzie tutaj Trento szybko zdjęło z boiska Russella [w sumie niewielkie osiągniecie, bo ten ledwie chodził], ale później mieli niemałe problemy z powstrzymaniem Clevenot, Antonowa, Grozera i Mousaviego. Mecz oczywiście wygrali, ale ich postawa nie była dobrym prognostykiem na półfinały. Jednak w pierwszej konfrontacji z Lube Giannelli zaskoczył i zrobił coś, czego wcześniej unikał - wobec słabszej dyspozycji Nimira, wykreował na lidera Lucarelliego [tak, okazało się, że on.. tadam tadam...UMIE GRAĆ!]. Brazylijczyk zagrał koncertowo, prowadząc swój zespół do zwycięstwa w tie breaku. I jeśli komuś wydawało się, że to dobry prognostyk na kolejne mecze, srogo się rozczarował. W następnych spotkaniach jednak sytuacja wróciła do smutnej normy - Nimir znowu miał problemy, a Giannelli udawał, że Lucarelliego nie ma. Ponadto Trento nie było w stanie poradzić sobie z zagrywkami Simona oraz atakami kubańskiego tercetu Simon-Juantorena-Leal. Podopieczni trenera Lorenzettiego zasłużenie przegrali trzy kolejne mecze z Lube i rywalizację o tegoroczne mistrzostwo Włoch zakończyli na półfinałach. Mój komentarz? Gra Trento w sezonie 2018/2019 i 2019/2020 >>>>>Gra Trento w sezonie 2020/2021 [mam tu na myśli wrażenia wizualne kibica, nie efektywność, która była w sumie taka sama]

    Drużyna Vero Volley Monza to dla mnie najbardziej pozytywne zaskoczenie tego sezonu. Zespół pozbawiony wielkich nazwisk, ale zespół przez duże Z. Skład, który zbudowały władze Monzy pięknie im "zaskoczył". Odkryciem i jednym z najlepszych atakujących sezonu został Adis Lagumdzja, który zostawił w pokonanym polu bardziej doświadczonych i utytułowanych kolegów jak Grozer, Patry czy Vettori. Młody Turek był liderem Monzy i zawodnikiem, na którego ten klub zawsze mógł liczyć. Wspaniale wspomagali do Donovan Dżavoronok i Filippo Lanza, przez co atak drużyny rozkładał się dość równomiernie na kilku zawodników. Dodać należy do tego niezłego rozgrywającego, środkowych i świetnego libero i mamy potwierdzenie, ze zespół bez gwiazd może zajść naprawdę daleko. Początek sezonu tego nie zapowiadał. Zaczęli słabo, ich gra była naprawdę kiepska, a do tego bardzo mocno doświadczyli koronawirusa. Ale nic co złe nie trwa wiecznie. Władze zmieniły trenera, ten dogadał się z zawodnikami, wszyscy wyzdrowieli i walec ruszył. O mocy klubu z Monzy świadczy fakt, ze w fazie zasadniczej dwukrotnie pokonali w trzech setach Perugię, a z Trento dwukrotnie grali tie breaka. Czwarte miejsce, na którym znaleźli się na koniec rundy zasadniczej, było ciężko wypracowane i w 100% zasłużone. Zespół z Monzy był też [do spółki] z Vibo Valentią autorem najbardziej emocjonujących meczów w ćwierćfinałach. W ostatnim spotkaniu tego etapu oba zespoły zmierzyły się w pięciosetowym horrorze, w którym na przewagi lepsza okazała się właśnie Monza. Również w pierwszym meczu półfinału Lanza i spółka pokazali się z bardzo dobrej strony, zmuszając rywali do pięciosetowego wysiłku. W kolejnych dwóch już tak dobrze nie było, ale i tak końcowe wrażenie jest bardzo in plus. 

    Mam problemy z oceną gry Vibo Valentii. Początek sezonu mieli znakomity! Wygrywali mecz za meczem, pokonali w czterech setach wielkie Lube i w trzech Trento. Jednak już w drugiej części sezonu zasadniczego nie wyglądało to tak dobrze. Vibo przegrało niemal ze wszystkimi zespołami czołowej ósemki [poza Milanem], a piąte miejsce zapewnił im szalony i niepoważny ostatni mecz, w którym Lube ewidentnie nie zależało na wygraniu. W mojej ocenie ich piąta pozycja po FZ była trochę na wyrost. Dopóki w Vibo świetnie serwował i atakował Rossard, zespół ten grał ładnie dla oka i efektownie. Super oglądało się ich mecze. Ale pod koniec fazy zasadniczej widać było, ze siły opuszczają francuskiego przyjmującego i to odbiło się na grze zespołu i jego wynikach. Jednak był też plus, że wtedy "obudził się Aboubacar i pomógł dociągnąć ten wózek na 5 miejsce. Vibo nie musi się też wstydzić występów ćwierćfinałowych z Monzą - grali naprawdę świetnie, tworząc kapitalne widowisko i tylko detale zadecydowały o tym, że to ich rywal wygrał ostatecznie tę potyczkę. Jednak po ostatnim meczu ćwierćfinałowym z tą drużyną stał się coś niedobrego. Nie wiem czy to z powodu kontuzji Rossarda, ale w [niesławych] play-offach o 5 miejsce Vibo grało po prostu strasznie. Rossarda nie było, Aboubacar zachowywał się na boisku gorzej niż junior [z całym szacunkiem dla tego drugiego], również Chinenyeze opadł z formy. Efekt? Na 7 rozegranych w tym etapie meczów, Vibo wygrało tylko jeden, a jedynym zawodnikiem, który pokazywał jakąś ambicję i chęć gry był amerykański przyjmujący Torey Defalco. Szkoda, że w taki sposób zepsuli sobie całoroczną prace i pozytywne wrażenie u kibiców. 

    Nie bardzo wiem też, jak ustosunkować się do wyniku Gas Sales Piacenza. Z jednej strony zespół z takimi nazwiskami w składzie powinien się znaleźć w czołowej piątce na koniec sezonu. Z drugiej jednak, po licznych przebojach ze zdrowiem zawodników, wynik jest naprawdę dobry. Jak grała Piacenza w tym sezonie? Niezbyt ładnie, ale efektywnie. Oni w sumie przegrali tylko  mecze wielką trójcą [Lube, Perugia i Trento] i Modeną oraz raz z Monzą. Resztę wygrali. Może niezbyt przekonująco, ale jednak. Uważam, że Piacenza powinna była wygrać choć jeden mecz z Modeną i urwać choc punkt Monzy w tym przegranym. Wtedy być może drużynie trenera Bernardiego udałoby się zająć nawet 4 miejsce [bo starciu z Monzą  nie byliby bez szans], a wtedy ocena sezonu w ich wykonaniu byłaby już inna i na 100% pozytywna. Największym problemem Piacenzy było to, że mieli mieć dwóch liderów a był tylko jeden - Russell. I jak na to, że ciężar gry przez większość sezonu spoczywał tylko na jednym zawodniku, Piacenza wygrała naprawdę wiele. Przecież na koniec fazy zasadniczej mieli tyle samo punktów co piąte Vibo, a z czwarta Monza miała tylko o dwa więcej. Grozer i spółka nie mają się też czego wstydzić jeśli chodzi o mecze ćwierćfinałowe z Trento, bo naprawdę postawili rywalom twarde warunki, zwłaszcza w pierwszym meczu. Mieli pecha, że Russell miał kontuzję, może gdyby był zdrowy rywalizacja potoczyłaby się i zakończyła inaczej [wiem, gdybanie]? Również w play offach o 5 miejsce pokazali się ze świetnej strony. Grając praktycznie rezerwowym składem [bez kontuzjowanych Russella i Grozera] wygrali 6 z 7 meczów i zakończyli rozrywki eliminacyjne na pierwszym miejscu. Szkoda, że w półfinale trafili na Modenę, która im ewidentnie nie leży, ale cóż - życie. Końcowa ocena? Bez szału, ale i bez zawodu. I w następnym roku trzeba mieć kogoś jeszcze do grania, nie tylko Russella. 

    W sumie negatywnie oceniam Modenę. Ja wiem, że po tamtym sezonie odeszła im większość składu, a Vettori, Petrić i Lavia to nie to samo co Zaytsev, Anderson i Bednorz, ale... Oni grali strasznie w kratkę. Świetne mecze przeplatali naprawdę słabiutkimi [ich pojedynku z Monzą z początków FZ nie dało się oglądać], męczyli się z zespołami niżej notowanymi. Cały czas szukali najbardziej optymalnej szóstki, z przeróżnymi efektami. Ich 7 miejsce po fazie zasadniczej - zasłużone, choć trochę jednak poniżej oczekiwać, jeśli wciąż grają tam tacy zawodnicy jak Chrisetnson, Grebennikov, Stanković i Vettori. Również w ćwierćfinałach z Lube nie pokazali niczego szczególnego, podobnie jak w pierwszej fazie play-off o 5 miejsce, gdzie słabo zaczęli i ledwo awansowali do czwórki, którą ostatecznie o to 5 miejsce grała. Tu jednak pokazali klasę i te dwa ostatnie mecze wygrali, zajmując ostatecznie tę 5 pozycję. Moja ocena? Podobno mężczyzn nie ocenia się po tym jak zaczynają, ale po tym jak kończą, ale... udało się ślepej kurze ziarno. Wynik o wiele lepszy niż gra, w europejskich pucharach zagrają. 

    Alianz Milano też mnie rozczarował. Ludzie, tam grają Sbertoli, Patry, Ishikawa, Urnaut, Kozamernik i Piano! A oni grali naprawdę źle. Cały sezon zasadniczy w kratkę. Ja wiem, że kontuzja Patry'ego i koronawirus mocno utrudniły im życie, ale nie można tym wszystkiego tłumaczyć. Grali bardzo niestabilnie, o czym świadczy zajęte przez nich na koniec fazy zasadniczej 8 miejsce. O dziwo, to oni mogli sprawić jedną z największych sensacji ostatnich lat i odprawić w ćwierćfinale Perugię. W play offach wreszcie zaczęli wykorzystywać potencjał swojego zespołu i to przyniosło efekt. Ogranie Perugii na ich boisku 3:2 oraz prowadzenie 1:0 w drugim meczu. Powtórzę się - nie wiem jak oni przegrali dwa następne sety, w których mieli wysoką przewagę w końcowej ich fazie. Przecież oni powinni byli w Mediolanie wygrać ten mecz 3:0! A przegrali 1:3. A w trzecim meczu, zgodnie z przewidywaniami, nie dali rady. Nie wiem czy za ten wyczyn należy się im tytuł największych pechowców czy też największych frajerów fazy play off. Ale nie mam im nic do zarzucenia, jeśli chodzi o grze w play off o 5 miejsce. Wygrali 6 z 7 meczów i dopiero w finale ulegli Modenie. Ale z perspektywy całego sezonu mimo wszystko niedosyt. 

    Podobne rozczarowanie - NBV Verona. W składzie Kazijski, Boyer, Jaeschke, Aguenier, Spirito, a jak przychodziło co do czego to tylko Kazijski grał, z lekką pomocą Jaeschke. Co  tego, że Matej był jednym z  najlepszych zawodników na swojej pozycji w sezonie, skoro koledzy rzadko kiedy pomagali? I co z tego, że potrafili w trzech setach pokonać Trento, jak za chwilę w trzech setach przegrywali z Ravenną? Do fazy play off nie awansowali po porażce pre-playoffach z Milanem [choć trzeba oddać im sprawiedliwość - napsuli rywalowi krwi]. A w rywalizacji o 5 miejsce, wprawdzie zajęli 3 pozycję w fazie kwalifikacyjnej [wygrywając 4 z 7 meczów], ale w półfinale ulegli Milanowi. Szczerze - szkoda Mateja na grę w takiej drużynie. Dobrze, że na następny sezon odchodzi do lepszej. 

    Jeśli chodzi o ostatnie trzy zespoły. Consar Ravenna dla mnie na plus. Drużyna bez gwiazd, ale waleczna, wielu rywalom napsuli krwi, wielu mocniejszym od siebie urwali punkcik lub dwa. Również Padova pokazywała nie raz, że umie walczyć i trochę punkcików przez to nazbierała. Cisterna - bez komentarza będzie tu najlepszym komentarzem.


    Podsumowując. Superliga w tym roku rozczarowała mnie. Po najlepszej lidze świata spodziewałam się lepszego poziomu gry. Wiem, że spora w tym zasługa koronawirusa, ale wyglądało to nie najlepiej. Również działacze nie pomogli wymyślając co bardziej absurdalne gierki. Po co jakieś pre play-offy i dlaczego akurat od 6 miejsca? W czym zespół z 5 był lepszy, że nie musiał w nich grać? I po co? Wszystkie zespoły miały tyle samo czasu w fazie zasadniczej, aby wypaść jak najlepiej. Jakiś powód był, że jedni zajęli 6 miejsce a inni 11. Po co w ogóle grać fazę zasadniczą, skoro potem o awansie do play off mają decydować 2/3 mecze? Kolejny idiotyczny pomysł działaczy- play offy o 5 miejsce? Po co, na co? Czemu nie kazali 5 zagrać o to z 6? W ten sposób uszanowaliby półroczną prace tych zespołów. A jak już, to trzeba było zagrać to tylko systemem każdy z każdym i ten co zajmuje pierwsze miejsce wygrywa to 5? I tak większość zespołów miała na to "wylane" i emocji było jak na rybach. Żadna to promocja siatkówki. A cel? Europejskie Puchary trzeciej kategorii. Serio, o to boje, jeszcze z półfinałem i finałem? Kompletnie bez sensu. Mam nadzieję, że w następnym sezonie tego typu wynalazków będzie jak najmniej. Na co jeszcze liczę? Na to, że za rok oglądać będę świetnie grające zespoły, a nie mecze indywidualności. Oby do władz klubów dotarło, ze jeśli od początku sezonu twój zespół gra tylko jednym zawodnikiem, to w play offach będzie guzik a nie gra. Nikt nie jest Supermanem, żeby od września do maja być cały czas w najwyższej formie. W końcu albo zawodnik dozna kontuzji [patrz Rossard i Russell] albo będzie miał dołek formy w kluczowym momencie [patrz Nimir, Leon czy Kazijski]. Zespoły, które grały tylko jednym graczem, niczego wielkiego w tym sezonie nie ugrały. A to tego ich gra była tak przewidywalna i nudna, że nie dało się tego oglądać. Nie tak powinno się grać w Superlidze!


  • Mój MVP fay play-off - ROBERTLANDY SIMON

Gość, który będąc środkowym zdobywa tyle samo punktów co atakujący, a dodatkowo sieje spustoszenie z pola zagrywki i jest nie do przejścia na siatce MUSI zostać wyróżniony. Absolutny top światowy. Szacunek. 

  • Mój bohater fazy play-off - OSMANY JUANTORENA

Niby wszyscy mówią, że już się kończy, a on pokazuje, że bez niego ani rusz. W najtrudniejszych momentach wciąż potrafi wziąć ciężar gry na siebie i pomóc swojemu zespołowi. Otrzymał tytuł MVP finałów - całkiem zasłużenie. I niewykluczone, że nie po raz ostatni.

  • Mój największy pechowiec fazy play-off

✅AARON RUSSELL. Graj dla zespołu, nawet z kontuzją - mówili. Tak trzeba - mówili. Efekt? Nie dość że zespołowi pomagasz niewiele, to jeszcze skutkuje to operacją, po której najprawdopodobniej masz z głowy Igrzyska Olimpijskie.

✅ALEKSANDAR ATANASIJEVIĆ. Bądź jednym z najlepszych zawodników na świecie na swojej pozycji, kapitanem drużyny i legendą swojego klubu. Siedź pół roku na ławie, bo twój trener cię nie lubi. Zagraj dopiero jak go zwolnią i to w meczach, w których niewiele możesz pomóc.

  • Moje największe rozczarowanie fazy play-off

✅WSZYSCY ROZGRYWAJACY ZESPOŁÓW [z nielicznymi wyjątkami]. To nie był sezon rozgrywających. Travica, Hierrezuelo - tragedia. Giannelli - jak nie on. Baranowicz, Saitta, Spirito - bez komentarza. Najmniej pretensji można mieć chyba do De Cecco, Christesona, Orduny i Sbertoliego, ale i oni mogli grać lepiej. Mój największy zarzut do nich - straszna niedokładność, która wręcz nie przystawała do zawodników o takiej klasie.

✅VITAL HEYNEN. Miej w zespole trzech atakujących, wystawiaj do gry na tej pozycji... przyjmującego. Miej w zespole świetnego zawodnika i nie wystawiaj go do gry, choć nie ma ku temu powodów sportowych. Tłumacz się, że twój konflikt z nim do wymysł mediów, bo ty przecież nie robisz tego bez powodu, a wręcz dla dobra owego zawodnika. Bez komentarza. 

poniedziałek, 15 marca 2021

[Liga włoska] Zespoły gwiazdĄ silne

 

Liga włoska od lat uważana jest za najlepszą na świecie. Ta opinia nie wzięła się znikąd. To kluby Serie A grają o najwyższe cele w europejskiej i światowej siatkówce klubowej. Dzielą i rządzą. Jedynie nieliczne zespoły są w stanie się im przeciwstawić. Grają tam najlepsi na świecie siatkarze, a zespoły trenują najlepsi na świecie trenerzy. Marzeniem wielu siatkarzy, jest tam trafić [zwłaszcza do klubów z czołówki] i grając na topowym poziomie potwierdzić swoją siatkarską klasę. Tak było i tak jest. 

Zespoły grające o mistrzostwo Serie A posiadają w swych składach topowych siatkarzy niemal na każdych pozycjach. Ma to na celu rozłożenie ataku tak, aby maksymalnie utrudnić rywalowi grę w bloku. Jeśli np. masz na skrzydłach Juantorenę, Leala i Sokołowa, a na środku Simona i Stankovića [skład Cuccine Lube Civitanova na sezon 2018/2019], to podjęcie decyzji, do którego z nich skoczyć do bloku jest ekstremalnie trudne. Przy dobrym przyjęciu skutkuje to atakiem na pojedynczym bloku, a w takiej sytuacji gracze pokroju Leala czy Simona będą co najwyżej myśleć, jak wbić bardziej efektownego gwoździa. Dlatego też tak trudno było pokonywać te zespoły klubom spoza Włoch.

W tym sezonie jednak sytuacja ulega zmianie w zastanawiającym kierunku. U większości drużyn można było zauważyć trend w grze pt, "jeden gra, a reszta stara się nie przeszkadzać". O wygranych i przegranych tych zespołów decydowała więc dyspozycja JEDNEGO ZAWODNIKA. Oczywiście w większości przypadków był to niecelowy zabieg - po prostu inni zakontraktowani gracze grali tak słabo, że aby wygrać mecz trzeba było szukać jednego lidera.  Z ośmiu grających w fazie play - off teamów, połowa z nich gra takim systemem. I skoro awansowała do tej fazy rozgrywek, znaczy że dobrze to wychodzi. Po co wiec szukać problemów? Bo taki system jest nudny i mało atrakcyjny dla kibica. Nie wspominając już o sytuacji, że kiedy lider nie ma "dnia" reszta zespołu leży, kwiczy i przegrywa. 

Zespołami, grającymi według "starego systemu" czyli z równomiernym rozłożeniem ataku na przynajmniej dwóch graczy są Lube, Monza, Modena i Milano. Reszta gra/grała systemem wszystko do lidera. Kim byli ci liderzy i zespoły, które tak grały? Praktycznie sam top ligowy. 


WILFREDO LEON [Sir Safety Perugia]

Pamiętacie czasy, kiedy Perugia miała na skrzydłach Aleksandara Atanasijevića, Ivana Zaytseva i Aarona Russella? Ja też, ale... to już było. Dziś rzeczywistość wygląda inaczej. Każdy fan ligi włoskiej już przed odpaleniem meczu Perugii wie, jak będzie wyglądać gra tej drużyny. A mianowicie, że piłka pójdzie do Leona, lub do... Leona lub też, dla odmiany, do... Leona ;) Sytuacja ta nie była zamierzona przed startem sezonu. Nikt po prostu nie przypuszczał, że rehabilitacja będącego po zabiegu Aleksanara Atanasijevića potrwa tak długo i że będzie po niej w nie nadającej się do gry [przynajmniej zdaniem Vitala Heynena] dyspozycji. Zakontraktowany jako zmiennik Atanasijevića Sharone Vernon - Evans również nie sprostał wymaganiom trenera i Perugia musiała grać opcją z Thijsem Ter Horstem pełniącym rolę "fałszywego" atakującego. Holender starał się jak mógł, ale pewnego poziomu nie przeskoczył. Leon mógł więc liczyć jedynie na pomoc swojego kolegi na przyjęciu, Oleha Płotnickiego i środkowego Sebastiana Sole. Ale i tak najtrudniejsza robota należała do urodzonego na Kubie Polaka. To on kończył trudne piłki w kontratakach, na trójbloku oraz setowe czy meczowe. W całym sezonie atakował aż 642 razy, a drugi w kolejności Oleh Płotnicki... 417 razy. Ponad 200 piłek to ogromna różnica i była widoczna w każdym spotkaniu. Było wiele takich gier, w których Leon miał ponad dwudziestopunktową zdobycz, a resztą jego kolegów nie wyszła jeszcze z 10. Jeśli dołożyć do tego, że rozegrania Dragana Travicy były często fatalne, Wilfredo należą się owacje na stojąco. Nie tylko za to, że z tych 642 piłek skończyła aż 325, co daje 50,6% skuteczności. Ale przede wszystkim za to, że grając praktycznie sam doprowadził swój zespół do pierwszego miejsca w tabeli na koniec fazy zasadniczej. Ogromna Klasa!


NIMIR ABDEL AZIZ [Itas Trentino]

Kiedy przed sezonem Trento zakontraktowało Nimira, Lucarelliego, Kooya i Podrascanina wydawało się, ze z tym składem [plus Giannelli i Lisinac] będą pretendentem do tytułu faworyta rozgrywek. Chyba mało kto przypuszczał, że będziemy obserwować Itas NIMIR Trentino. Gra Trento w  tym sezonie wypisz wymaluj przypomina grę Perugii, z tą drobną różnicą, że w Trento grają w ofensywie obaj środkowi, nie tylko jeden. Ale bez pana ze zdjęcia powyżej, Trento kręciłoby się zapewne wokół 6-8 miejsca, a nie 3, na którym wylądowali na koniec sezonu zasadniczego. 

Trento oczywiście również nie planowało grać w tak przewidywalny sposób. Wydawało się, że kontraktując Ricardo Lucarelliego, który przez wielu uważany jest za 1 z 5 najlepszych przyjmujących świata, będą mieli rozłożenie ataku na przynajmniej dwóch zawodników. A przecież Dick Kooy czy wschodząca gwiazda włoskiej siatkówki Alessandro Michieletto również nie raz pokazali, że świetnie atakują. Wyszło jednak inaczej. Lucarelli od początku sezonu miał widoczny problem z aklimatyzacją i grał źle. W środku sezonu wydawało się, że wrócił do swojej normalnej dyspozycji, ale nie trwało to długo. Dlatego też nie bardzo można się dziwić Simone Giannellemu, że Brazylijczykowi nie ufa, co widać w ilości piłek, które mu posyła. Włoski rozgrywający nie ufa też Michieletto, a na Kooya, który nie może wrócić do normalnej dyspozycji po problemach zdrowotnych [kontuzja, koronawirus] liczyć również nie może. Dlatego też rozgrywający Trento kieruje większość piłek do Nimira, a ten odwdzięcza mu się świetną grą. Holender kończy wszystko, czy to na pojedynczym, podwójnym czy potrójnym bloku. Jest nie do zatrzymania. Z 641 piłek, jakie otrzymał w sezonie zasadniczym, zamienił na punkt aż 340 co daje 53% skuteczności. Do tego dołożył 74 asy serwisowe. Utrzymać taką skuteczność, będąc "jedyną" opcją w ataku - wielki szacunek. I można zrozumieć czemu tak wiele osób uważa Nimira za najlepszego w tym momencie atakującego świata. Niewątpliwie nim jest. 


THIBAULT ROSSARD [Tonno Callipo Vibo Valentia]


Chyba największe zaskoczenie tej wyliczanki. Tonno Callipo Vibo Valentia okazało się rewelacją rozgrywek, a liderem zespołu i jednocześnie jednym z najlepszych zawodników fazy zasadniczej okazał się być Thibault Rossard. Szczególnie w pierwszej części sezonu Francuz "dzielił i rządził". To jego świetna gra sprawiała to, że Vibo ogrywało Trento czy Lube. Były gracz Resovii był nie do zatrzymania w ataku, a do tego raził swoją zagrywką. W zwycięskich meczach to on był najlepiej punktującym zawodnikiem zespołu, a w przegranych jedynie do niego nie można było mieć większych pretensji. Na palcach jednej ręki można policzyć te spotkania, w których grał słabo, w większości notował wynik dwucyfrowy, nieraz przekraczający 20 punktów. Debiut w lidze włoskiej - marzenie. 
Gdy spojrzymy w statystyki, nie pokażą one do końca, jak wielką zasługę w zajęciu przez Valentię 5 miejsca na koniec fazy zasadniczej miał Rossard. Francuz wykonał 656 ataków, kończąc 317 z nich [48%], Drame Neto Abubacar [atakujący Vibo] miał ich 572, z czego 265 skończył [46%]. Ale to Rossard dostawał piłki w najtrudniejszych momentach, to on odwracał losy prawie przegranych setów świetnymi zagrywkami, to na niego można było zawsze liczyć. Gdy pod koniec fazy zasadniczej Francuz miał spadek formy, Vibo nie było w stanie wygrywać [przegrali nawet z ostatnią w tabeli Cisterną]. To najlepiej świadczy o tym, jak ważnym elementem w grze swojej drużyny był ten siatkarz. 


AARON RUSSELL [Gas Sales Piacenza]


Kiedy Aaron Russell zasilał szeregi Gas Sales Piacenza widziano w nim jednego z liderów tego zespołu. Mało jednak kto spodziewał się, że w sezonie 2020/2021 będziemy oglądać Gas Sales RUSSELL Piacenza. Przecież drużyna ta zakontraktowała tez wielką gwiazdę światowej siatkówki, Georga Grozera i wydawało się, że atak ładnie rozłoży się między Niemca a Amerykanina. Nic z tego. Grozer od początku sezonu grał chimerycznie, po czym doznał drobnej kontuzji, którą gdy doleczył, doznał następnej, a na końcu złapał koronawirusa. Ten splot zdarzeń [oczywiście nie z winy samego gracza] sprawił, że do końca sezonu nie odnalazł on swojej normalnej dyspozycji w ataku. W tej sytuacji ciężar gry w ofensywie musiał wziąć na siebie Russell i dał radę. Mając za rozgrywających fatalnego Hierrezuelo, a potem słabego Baranowicza, od których otrzymywał nieraz straszne piłki, Amerykanin grał naprawdę świetnie. Czy Piacenza mecz wygrała czy przegrała, do Russella nie można było mieć pretensji, miał może 3 spotkania, w których grał źle. Piłka źle przyjęta? Do Russella. Inni nic nie kończą, a przeciwnik goni? Do Russella. Setowa? Do Russella. Tak to wyglądało. To, że Piacenza do końca walczyła o 4/5 miejsce to w większości jego zasługa. Bez Amerykanina biliby się pewnie o 10 z Ravenną. 
Niech przemówią liczby. W sezonie zasadniczym Russell atakował 642 razy, z czego skończył 313, co daje 49% skuteczność ataku. Patrząc na piłki jakie otrzymywał i na to, że nieraz jeszcze piłka nie wpadła w ręce rozgrywającego, a do Amerykanina już biegło 2 blokujących rywala, to naprawdę świetny wynik. Statystyki idealnie pokazują tez słabość pozostałej dwójki skrzydłowych Piacenzy. Grozer atakował 427 razy, a Trevor Clevenot 426. Sam Russell, wspierany od czasu do czasu Seyedem Mousavim wystarczył tylko na 6 miejsce. Może w kolejnym sezonie Piacenza ugra coś więcej; o ile Amerykanin dostanie lepsze wsparcie i o ile... w ogóle tam zagra.



MATEJ KAZIJSKI [NBV Verona]


Wprawdzie jego drużyna do play offów nie awansowała, ale jak tu pominąć króla Mateja? Można by wiele pisać o tym, jak wspaniały sezon grał, jak pewnym punktem zespołu był, jak wiele dawał z siebie w każdym meczu. Ale i tu najlepiej przemówią statystyki: Matej Kazijski. 36 lat. Wykonanych ataków w tym sezonie - 666. Zakończonych punktem 317 [48% skuteczności]. 33 asy, 20 bloków. Razem 370 punktów. drugi najlepiej punktujący zawodnik w zespole, Thomas Jaeschke - 265 punktów. Dziękujemy, można się rozejść;)
Tak duże obciążenie w ataku Mateja wynikało z problemów drużyny z atakującymi. Już z początkiem sezonu zespół opuścił Stephen Boyer, a jego następca, Mads Kyen Jensen nie do końca sprostał oczekiwaniom. Z kolei Thomas Jaeschke po dwóch latach przerwy w powodu kontuzji, nie mógł bardziej pomóc. W ten sposób do roli lidera pozostał tylko Kazijski. I tym liderem był. Ale to było za mało. 
NVB Verona zajęła 9 miejsce w lidze. Które zajęłaby bez Mateja? Strach sobie wyobrażać. Pewnie biłaby się o utrzymanie z Cisterną.  
Matej, ogromny SZACUN!!!



TONCEK STERN [Kioene Padova]


Kioene Padova zajęła w tym sezonie przedostatnie miejsce lidze. Jednak za ten stan rzeczy najmniej można winić pana ze zdjęcia powyżej. Toncek Stern trzymał niemal cały atak zespołu na swoich barkach, zdobywając w większości meczów mnóstwo punktów. To najczęściej atakujący siatkarz ligi. Z 713 [!] wykonanych ataków skończył 321, co daje 45% skuteczności. Wspomagający go Matia  Botollo otrzymał ich do ataku blisko 200 mniej [515], a trzeci skrzydłowy, Wojciech Włodarczyk atakował 382 razy. Wydaje mi się jednak, że tutaj Toncek Stern mógł się spodziewać, że będzie dostawać aż tyle piłek. Taka jest specyfika słabszych drużyn, że z założenia grają na jednego lidera, którym przeważnie jest atakujący. Słoweniec sobie poradził, więcej zrobić [chyba] nie mógł. 


Podsumowując, najpierw chciałabym przekazać moje wielkie wyrazy uznania, dla wszystkich wymienionych wyżej panów. Za to, że przy takiej liczbie ataków udawało im się utrzymywać skuteczność i pociągnąć swój zespół do wygranej. I że wytrzymali to zdrowotnie do końca sezonu zasadniczego. Mam jednak nadzieję, że to była taka jednosezonowa akcja. Oby w kolejnych sezonach kluby kontraktowały zawodników tak, aby nie musieć liczyć w każdym meczu tylko na tego lidera. I oby zakontraktowani zawodnicy zagrali na oczekiwanym przez klub i kibiców poziomie. Bo OK, Leon, Nimir, Rossard, Russell i Kazijski pewnie w następnym sezonie też daliby rade być "koniami pociągowymi". Ale, my już to wiemy, że oni mogą bo są najlepsi. Nie trzeba kolejnego potwierdzenia. Ja zaś chętnej obejrzałabym mecze, w których rozgrywający może tak kreować grę, że pokazać się może więcej zawodników. Będzie ładniej i ciekawiej. I dla kibiców i dla telewizji. Tego sobie na przyszły sezon życzę.