Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Superlega. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Superlega. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 maja 2021

[Podsumowanie] Lube-Włochy-Dominacja czyli o tegorocznym sezonie ligi włoskiej

  •  


Zakończył się sezon Superligi we Włoszech. Był to jeden z najdziwniejszych, jakie miałam okazję oglądać. Nie tylko dlatego, że rozgrywki torpedował koronawirus. Swoje dołożyli również działacze, którzy wymyślili wiele dodatkowych, nikomu do niczego niepotrzebnych rozgrywek w grupie od 5 miejsca w dół. O ile faza zasadnicza dawała mi, jako kibicowi emocje, o tyle play offy mnie zawiodły. Począwszy od meczów półfinałowych były one nudne jak flaki z olejem. Nie padła żadna niespodzianka, a forma zespołów i ich styl gry pozostawiał wiele do życzenia. In plus wyróżniało się jedynie Volley Lube i to oni, jak najbardziej zasłużenie, zdobyli wymarzone Scudetto. 



    Jakiś czas temu pisałam tutaj, że Cucine Lube Civitanova od lat gra w taki sposób, który robi wrażenie. Można ich lubić mniej lub bardziej [albo też wcale], ale na ich meczach kibic dostaje zazwyczaj to, czego się spodziewał czyli bardzo dobrą i urozmaiconą siatkówkę, w którą grają wszyscy zawodnicy. Tak samo było w tym sezonie, w którym od początku byli dla mnie jednym z głównych faworytów do scudetto. Z początku, owszem grali niemrawo i nieprzekonująco, ale swoje mecze wygrywali. Z czasem jednak było coraz lepiej, choć zdarzały się zaskakujące wpadki [porażka 1:3 z Vibo Valentią] i kilka wygranych dopiero w pięciu setach. Głównie to sprawiło, że [ku mojemu zaskoczeniu] Lube nie wygrało fazy zasadniczej. Play offy też zaczęły się dla nich pechowo, po tym jak koronawirusa wykryto u dwóch ich podstawowych zawodników [De Cecco, Leal]. Pierwszy mecz z Modeną został przesunięty, ale kiedy doszedł do skutku, Lube nie pozostawiło rywalowi żadnych złudzeń i nawet bez dwójki swoich liderów łatwo zakończyło rywalizację. W półfinałach i finałach przegrało zaś tylko po jednym meczu i to tylko dlatego, że najlepszy mecz w sezonie zagrały gwiazdy ich rywali [Lucarelli, Leon]. W pozostałych zaś udowodnili, kto jest najlepszy. Największą siłą Lube była, jest [i będzie] ich zespołowość. Wystarczy spojrzeć w statystyki, aby się przekonać, że niemal w każdym meczu, wszyscy ich skrzydłowi dostają praktycznie po tyle samo piłek. Nie ma, że któregoś "chowają", a inny dostaje dwa razy tyle co ten ukryty. Do tego należy dodać Simona, który potrafi zakończyć mecz z takim samym lub nawet lepszym wynikiem punktowym od przyjmujących/atakującego. Dlatego grać przeciwko nim jest niezwykle trudno. Do tego dochodzą indywidualności, które potrafią utrzymać tę drużynę w trudnych momentach. Jak nie Leal to Juantorena, jak nie Juantorena to Rychlicki, jak nie Rychlicki to Simon, jak nie Simon to Anzani. Praktycznie każdy z nich miał swoje "5 minut" w którymś z meczów półfinałowych/finałowych. Nie zapominamy o Luciano De Cecco i Fabio Balaso i mamy zespół kompletny. Kapitalną drużynę, która zasłużenie stanęła na szczycie. Mistrzostwo i Puchar Włoch - wiele zespołów nie pogardziłoby takimi zdobyczami.

    To, że w finale wystąpiła drużyna Sir Safety Perugia było dla mnie niezbyt miłym zaskoczeniem. Z całym szacunkiem dla Leona, ale grali naprawdę brzydko. Ja wiem, że siatkówka to nie jazda figurowa na lodzie i not za styl się nie daje, ale ich, serio, ciężko było oglądać. Leon, Leon, Leon, Leon, Sole, Leon, Leon, Płotnicki, Leon, Leon, Leon etc. Tak to wyglądało przez cały sezon. I o ile w fazie zasadniczej taka gra zdawała egzamin, o tyle w play offach napotkali duże problemy. Widać było z czasem, że Leon zaczyna mieć dość, że zaczynają opuszczać go siły i jego gra z każdym kolejnym meczem była coraz mniej efektywna. Nie jest to w żadnym stopniu krytyka naszego przyjmującego - i tak długo wytrzymał tę harówkę i ciągnięcie za uszy zespołu. Ale nawet Wilfredo nie jest ze stali i ten słabszy moment musiał kiedyś i na niego przyjść. Takiej sytuacji powinien był przeciwdziałać trener zespołu, ale Vital Heynen zamiast obmyślać, jak tu pomóc swojemu liderowi, wolał zająć się wojenką z kapitanem zespołu, Aleksandarem Atanasijevićem. Vital, jak wiadomo, lubi pokazać, że on i tylko on ma rację [nawet gdy jej nie ma] i Atanasijević, dopóki Heynen był trenerem, parkietu nie powąchał na dłużej niż 5 minut. A kiedy trener się zmienił było już za późno. Atakujący Perugii po ponad siedmiomięsięcznym staniu w kwadracie niewiele mógł pomóc zespołowi, choć w ostatnim meczu finałowym pokazał, że wciąż ma papiery na granie. Może gdyby został wprowadzany do zespołu stopniowo i wcześniej, losy finału potoczyłyby się inaczej? Tego się nigdy nie dowiemy. Chociaż srebro Perugii to i tak świetny wynik. Przecież oni powinni byli odpaść już w ćwierćfinale, w rywalizacji z Alianzem Milano. Mediolan wygrał pierwsze starcie i [w rywalizacji do dwóch wygranych] w drugim meczu mieli 1:0, a w drugim i trzecim secie wypracowali taką przewagę w końcówkach, że do dziś nie wiem, jak to roztrwonili i przegrali te sety a potem cały ten mecz i mecz nr 3. Również w półfinale Perugia miała szczęście, trafiając na rewelację tegorocznych rozgrywek, Vero Volley Monzę. Tutaj akurat zaprofitowało wygranie fazy zasadniczej, na co Perugia ofiarnie pracowała cały sezon. Tę rywalizację Leon i spółka przeszli gładko i znaleźli się finale. Ale tam czekało Lube, a Lube to nie Alianz Milano, ani Vero Volley Monza i pokazało to na boisku, obnażając wszystkie słabości Perugii. Wprawdzie Atanasijević i spółka byli w stanie wygrać jeden mecz w finale, ale to tylko dzięki Leonowi, który chyba zebrał resztę sił które miał na to jedno spotkanie. Więcej nie był w stanie z siebie dać. Co się odwlekło to nie uciekło i sprawiedliwości stało się zadość. Szczerze? Cieszę się, że Perugia to przegrała. Gdyby zespół grający w TAKI zdobył mistrzostwo, byłaby to obraza dla siatkówki i zdeprecjonowanie poziomu całej ligi. Oby w następnym sezonie prezes Perugii zrozumiał, że aby odnieść sukces musi zbudować zespół w taki sposób, jak zrobił to w sezonie 2017/2018. Jeśli dalej będzie liczył tylko na Leona, również w następnym roku nic nie ugra.

    Kolejnym po Perugii zespołem, który mnie rozczarował, był Itas Trentino. Przed sezonem widziałam w nich faworyta do złota, a już na pewno zespół, który zagra w finale. Przecież oni ściągnęli Nimira [czołówka na swojej pozycji na ten moment], Podrascanina [świetny środkowy] i Lucarelliego [również czołówka na swojej pozycji] a niektóre niżej notowane zespoły grały ładniej od nich. Może wyjdę na laika i naiwniaka, ale naprawdę wierzyłam, że tercet Nimir-Lucarelli-Kooy będzie prezentował się lepiej od tercetu Vettori-Russell-Kovacević oraz że duet Podrascanin-Lisinać zrobi większą różnicę niż duet Lisinac-Candellaro. A tu klops. Przecież już początek ligi mieli straszny, przegrywali mecze w naprawdę kiepskim stylu i mówiło się, ze jeśli tak dalej będzie, trener Lorenzetti straci pracę. Jednak potem drużyna się ogarnęła, wygrali kilkanaście spotkań z rzędu [pokonali Lube i Perugię], więc liczyłam, że znaleźli swój rytm i tak będzie do końca. Jednak finały Pucharu Włoch pokazały, że niekoniecznie tak jest. Trento zostało rozbite w półfinale przez Perugię i jasno uwidoczniło się to, co i wielu kibiców od dawna mówiło - gra Trento jest zbyt zależna od gry Nimira. Kiedy Holender gra świetnie - Trento wygrywa, ale kiedy gra źle - Trento nie ma. We wspomnianym wyżej półfinale Pucharu Włoch Perugia wyeliminowała z gry Nimira [co dla dobrego zespołu, nie jest trudne] i Trento nie grało nic. Najgorsze było to, że trener Lorenzetti nie wyciągnął wniosków z tej sytuacji i nie wypracował ze swoim zespołem wariantów na wypadek słabej gry Nimira w dalszej części sezonu. To mogło się zemścić już w ćwierćfinale, ale Trento miało szczęście, trafiając na Gas Sales Piacenzę ze słabo dysponowanym Grozerem i kontuzjowanym Russellem. Mimo tego w pierwszym meczu Giannelli i spółka nie potrafili zatrzymać przyjmującego reprezentacji USA, który ledwie skakał, a po każdym lądowaniu krzywił się z bólu. Nie potrafili tez przyjąć zagrywek Olega Antonowa. Gdyby nie wydatna pomoc Baranowicza w setach 4 i 5, nie wiadomo jak potoczyłby ten mecz. Jeszcze gorzej było w meczu numer dwa miedzy tymi zespołami. Wprawdzie tutaj Trento szybko zdjęło z boiska Russella [w sumie niewielkie osiągniecie, bo ten ledwie chodził], ale później mieli niemałe problemy z powstrzymaniem Clevenot, Antonowa, Grozera i Mousaviego. Mecz oczywiście wygrali, ale ich postawa nie była dobrym prognostykiem na półfinały. Jednak w pierwszej konfrontacji z Lube Giannelli zaskoczył i zrobił coś, czego wcześniej unikał - wobec słabszej dyspozycji Nimira, wykreował na lidera Lucarelliego [tak, okazało się, że on.. tadam tadam...UMIE GRAĆ!]. Brazylijczyk zagrał koncertowo, prowadząc swój zespół do zwycięstwa w tie breaku. I jeśli komuś wydawało się, że to dobry prognostyk na kolejne mecze, srogo się rozczarował. W następnych spotkaniach jednak sytuacja wróciła do smutnej normy - Nimir znowu miał problemy, a Giannelli udawał, że Lucarelliego nie ma. Ponadto Trento nie było w stanie poradzić sobie z zagrywkami Simona oraz atakami kubańskiego tercetu Simon-Juantorena-Leal. Podopieczni trenera Lorenzettiego zasłużenie przegrali trzy kolejne mecze z Lube i rywalizację o tegoroczne mistrzostwo Włoch zakończyli na półfinałach. Mój komentarz? Gra Trento w sezonie 2018/2019 i 2019/2020 >>>>>Gra Trento w sezonie 2020/2021 [mam tu na myśli wrażenia wizualne kibica, nie efektywność, która była w sumie taka sama]

    Drużyna Vero Volley Monza to dla mnie najbardziej pozytywne zaskoczenie tego sezonu. Zespół pozbawiony wielkich nazwisk, ale zespół przez duże Z. Skład, który zbudowały władze Monzy pięknie im "zaskoczył". Odkryciem i jednym z najlepszych atakujących sezonu został Adis Lagumdzja, który zostawił w pokonanym polu bardziej doświadczonych i utytułowanych kolegów jak Grozer, Patry czy Vettori. Młody Turek był liderem Monzy i zawodnikiem, na którego ten klub zawsze mógł liczyć. Wspaniale wspomagali do Donovan Dżavoronok i Filippo Lanza, przez co atak drużyny rozkładał się dość równomiernie na kilku zawodników. Dodać należy do tego niezłego rozgrywającego, środkowych i świetnego libero i mamy potwierdzenie, ze zespół bez gwiazd może zajść naprawdę daleko. Początek sezonu tego nie zapowiadał. Zaczęli słabo, ich gra była naprawdę kiepska, a do tego bardzo mocno doświadczyli koronawirusa. Ale nic co złe nie trwa wiecznie. Władze zmieniły trenera, ten dogadał się z zawodnikami, wszyscy wyzdrowieli i walec ruszył. O mocy klubu z Monzy świadczy fakt, ze w fazie zasadniczej dwukrotnie pokonali w trzech setach Perugię, a z Trento dwukrotnie grali tie breaka. Czwarte miejsce, na którym znaleźli się na koniec rundy zasadniczej, było ciężko wypracowane i w 100% zasłużone. Zespół z Monzy był też [do spółki] z Vibo Valentią autorem najbardziej emocjonujących meczów w ćwierćfinałach. W ostatnim spotkaniu tego etapu oba zespoły zmierzyły się w pięciosetowym horrorze, w którym na przewagi lepsza okazała się właśnie Monza. Również w pierwszym meczu półfinału Lanza i spółka pokazali się z bardzo dobrej strony, zmuszając rywali do pięciosetowego wysiłku. W kolejnych dwóch już tak dobrze nie było, ale i tak końcowe wrażenie jest bardzo in plus. 

    Mam problemy z oceną gry Vibo Valentii. Początek sezonu mieli znakomity! Wygrywali mecz za meczem, pokonali w czterech setach wielkie Lube i w trzech Trento. Jednak już w drugiej części sezonu zasadniczego nie wyglądało to tak dobrze. Vibo przegrało niemal ze wszystkimi zespołami czołowej ósemki [poza Milanem], a piąte miejsce zapewnił im szalony i niepoważny ostatni mecz, w którym Lube ewidentnie nie zależało na wygraniu. W mojej ocenie ich piąta pozycja po FZ była trochę na wyrost. Dopóki w Vibo świetnie serwował i atakował Rossard, zespół ten grał ładnie dla oka i efektownie. Super oglądało się ich mecze. Ale pod koniec fazy zasadniczej widać było, ze siły opuszczają francuskiego przyjmującego i to odbiło się na grze zespołu i jego wynikach. Jednak był też plus, że wtedy "obudził się Aboubacar i pomógł dociągnąć ten wózek na 5 miejsce. Vibo nie musi się też wstydzić występów ćwierćfinałowych z Monzą - grali naprawdę świetnie, tworząc kapitalne widowisko i tylko detale zadecydowały o tym, że to ich rywal wygrał ostatecznie tę potyczkę. Jednak po ostatnim meczu ćwierćfinałowym z tą drużyną stał się coś niedobrego. Nie wiem czy to z powodu kontuzji Rossarda, ale w [niesławych] play-offach o 5 miejsce Vibo grało po prostu strasznie. Rossarda nie było, Aboubacar zachowywał się na boisku gorzej niż junior [z całym szacunkiem dla tego drugiego], również Chinenyeze opadł z formy. Efekt? Na 7 rozegranych w tym etapie meczów, Vibo wygrało tylko jeden, a jedynym zawodnikiem, który pokazywał jakąś ambicję i chęć gry był amerykański przyjmujący Torey Defalco. Szkoda, że w taki sposób zepsuli sobie całoroczną prace i pozytywne wrażenie u kibiców. 

    Nie bardzo wiem też, jak ustosunkować się do wyniku Gas Sales Piacenza. Z jednej strony zespół z takimi nazwiskami w składzie powinien się znaleźć w czołowej piątce na koniec sezonu. Z drugiej jednak, po licznych przebojach ze zdrowiem zawodników, wynik jest naprawdę dobry. Jak grała Piacenza w tym sezonie? Niezbyt ładnie, ale efektywnie. Oni w sumie przegrali tylko  mecze wielką trójcą [Lube, Perugia i Trento] i Modeną oraz raz z Monzą. Resztę wygrali. Może niezbyt przekonująco, ale jednak. Uważam, że Piacenza powinna była wygrać choć jeden mecz z Modeną i urwać choc punkt Monzy w tym przegranym. Wtedy być może drużynie trenera Bernardiego udałoby się zająć nawet 4 miejsce [bo starciu z Monzą  nie byliby bez szans], a wtedy ocena sezonu w ich wykonaniu byłaby już inna i na 100% pozytywna. Największym problemem Piacenzy było to, że mieli mieć dwóch liderów a był tylko jeden - Russell. I jak na to, że ciężar gry przez większość sezonu spoczywał tylko na jednym zawodniku, Piacenza wygrała naprawdę wiele. Przecież na koniec fazy zasadniczej mieli tyle samo punktów co piąte Vibo, a z czwarta Monza miała tylko o dwa więcej. Grozer i spółka nie mają się też czego wstydzić jeśli chodzi o mecze ćwierćfinałowe z Trento, bo naprawdę postawili rywalom twarde warunki, zwłaszcza w pierwszym meczu. Mieli pecha, że Russell miał kontuzję, może gdyby był zdrowy rywalizacja potoczyłaby się i zakończyła inaczej [wiem, gdybanie]? Również w play offach o 5 miejsce pokazali się ze świetnej strony. Grając praktycznie rezerwowym składem [bez kontuzjowanych Russella i Grozera] wygrali 6 z 7 meczów i zakończyli rozrywki eliminacyjne na pierwszym miejscu. Szkoda, że w półfinale trafili na Modenę, która im ewidentnie nie leży, ale cóż - życie. Końcowa ocena? Bez szału, ale i bez zawodu. I w następnym roku trzeba mieć kogoś jeszcze do grania, nie tylko Russella. 

    W sumie negatywnie oceniam Modenę. Ja wiem, że po tamtym sezonie odeszła im większość składu, a Vettori, Petrić i Lavia to nie to samo co Zaytsev, Anderson i Bednorz, ale... Oni grali strasznie w kratkę. Świetne mecze przeplatali naprawdę słabiutkimi [ich pojedynku z Monzą z początków FZ nie dało się oglądać], męczyli się z zespołami niżej notowanymi. Cały czas szukali najbardziej optymalnej szóstki, z przeróżnymi efektami. Ich 7 miejsce po fazie zasadniczej - zasłużone, choć trochę jednak poniżej oczekiwać, jeśli wciąż grają tam tacy zawodnicy jak Chrisetnson, Grebennikov, Stanković i Vettori. Również w ćwierćfinałach z Lube nie pokazali niczego szczególnego, podobnie jak w pierwszej fazie play-off o 5 miejsce, gdzie słabo zaczęli i ledwo awansowali do czwórki, którą ostatecznie o to 5 miejsce grała. Tu jednak pokazali klasę i te dwa ostatnie mecze wygrali, zajmując ostatecznie tę 5 pozycję. Moja ocena? Podobno mężczyzn nie ocenia się po tym jak zaczynają, ale po tym jak kończą, ale... udało się ślepej kurze ziarno. Wynik o wiele lepszy niż gra, w europejskich pucharach zagrają. 

    Alianz Milano też mnie rozczarował. Ludzie, tam grają Sbertoli, Patry, Ishikawa, Urnaut, Kozamernik i Piano! A oni grali naprawdę źle. Cały sezon zasadniczy w kratkę. Ja wiem, że kontuzja Patry'ego i koronawirus mocno utrudniły im życie, ale nie można tym wszystkiego tłumaczyć. Grali bardzo niestabilnie, o czym świadczy zajęte przez nich na koniec fazy zasadniczej 8 miejsce. O dziwo, to oni mogli sprawić jedną z największych sensacji ostatnich lat i odprawić w ćwierćfinale Perugię. W play offach wreszcie zaczęli wykorzystywać potencjał swojego zespołu i to przyniosło efekt. Ogranie Perugii na ich boisku 3:2 oraz prowadzenie 1:0 w drugim meczu. Powtórzę się - nie wiem jak oni przegrali dwa następne sety, w których mieli wysoką przewagę w końcowej ich fazie. Przecież oni powinni byli w Mediolanie wygrać ten mecz 3:0! A przegrali 1:3. A w trzecim meczu, zgodnie z przewidywaniami, nie dali rady. Nie wiem czy za ten wyczyn należy się im tytuł największych pechowców czy też największych frajerów fazy play off. Ale nie mam im nic do zarzucenia, jeśli chodzi o grze w play off o 5 miejsce. Wygrali 6 z 7 meczów i dopiero w finale ulegli Modenie. Ale z perspektywy całego sezonu mimo wszystko niedosyt. 

    Podobne rozczarowanie - NBV Verona. W składzie Kazijski, Boyer, Jaeschke, Aguenier, Spirito, a jak przychodziło co do czego to tylko Kazijski grał, z lekką pomocą Jaeschke. Co  tego, że Matej był jednym z  najlepszych zawodników na swojej pozycji w sezonie, skoro koledzy rzadko kiedy pomagali? I co z tego, że potrafili w trzech setach pokonać Trento, jak za chwilę w trzech setach przegrywali z Ravenną? Do fazy play off nie awansowali po porażce pre-playoffach z Milanem [choć trzeba oddać im sprawiedliwość - napsuli rywalowi krwi]. A w rywalizacji o 5 miejsce, wprawdzie zajęli 3 pozycję w fazie kwalifikacyjnej [wygrywając 4 z 7 meczów], ale w półfinale ulegli Milanowi. Szczerze - szkoda Mateja na grę w takiej drużynie. Dobrze, że na następny sezon odchodzi do lepszej. 

    Jeśli chodzi o ostatnie trzy zespoły. Consar Ravenna dla mnie na plus. Drużyna bez gwiazd, ale waleczna, wielu rywalom napsuli krwi, wielu mocniejszym od siebie urwali punkcik lub dwa. Również Padova pokazywała nie raz, że umie walczyć i trochę punkcików przez to nazbierała. Cisterna - bez komentarza będzie tu najlepszym komentarzem.


    Podsumowując. Superliga w tym roku rozczarowała mnie. Po najlepszej lidze świata spodziewałam się lepszego poziomu gry. Wiem, że spora w tym zasługa koronawirusa, ale wyglądało to nie najlepiej. Również działacze nie pomogli wymyślając co bardziej absurdalne gierki. Po co jakieś pre play-offy i dlaczego akurat od 6 miejsca? W czym zespół z 5 był lepszy, że nie musiał w nich grać? I po co? Wszystkie zespoły miały tyle samo czasu w fazie zasadniczej, aby wypaść jak najlepiej. Jakiś powód był, że jedni zajęli 6 miejsce a inni 11. Po co w ogóle grać fazę zasadniczą, skoro potem o awansie do play off mają decydować 2/3 mecze? Kolejny idiotyczny pomysł działaczy- play offy o 5 miejsce? Po co, na co? Czemu nie kazali 5 zagrać o to z 6? W ten sposób uszanowaliby półroczną prace tych zespołów. A jak już, to trzeba było zagrać to tylko systemem każdy z każdym i ten co zajmuje pierwsze miejsce wygrywa to 5? I tak większość zespołów miała na to "wylane" i emocji było jak na rybach. Żadna to promocja siatkówki. A cel? Europejskie Puchary trzeciej kategorii. Serio, o to boje, jeszcze z półfinałem i finałem? Kompletnie bez sensu. Mam nadzieję, że w następnym sezonie tego typu wynalazków będzie jak najmniej. Na co jeszcze liczę? Na to, że za rok oglądać będę świetnie grające zespoły, a nie mecze indywidualności. Oby do władz klubów dotarło, ze jeśli od początku sezonu twój zespół gra tylko jednym zawodnikiem, to w play offach będzie guzik a nie gra. Nikt nie jest Supermanem, żeby od września do maja być cały czas w najwyższej formie. W końcu albo zawodnik dozna kontuzji [patrz Rossard i Russell] albo będzie miał dołek formy w kluczowym momencie [patrz Nimir, Leon czy Kazijski]. Zespoły, które grały tylko jednym graczem, niczego wielkiego w tym sezonie nie ugrały. A to tego ich gra była tak przewidywalna i nudna, że nie dało się tego oglądać. Nie tak powinno się grać w Superlidze!


  • Mój MVP fay play-off - ROBERTLANDY SIMON

Gość, który będąc środkowym zdobywa tyle samo punktów co atakujący, a dodatkowo sieje spustoszenie z pola zagrywki i jest nie do przejścia na siatce MUSI zostać wyróżniony. Absolutny top światowy. Szacunek. 

  • Mój bohater fazy play-off - OSMANY JUANTORENA

Niby wszyscy mówią, że już się kończy, a on pokazuje, że bez niego ani rusz. W najtrudniejszych momentach wciąż potrafi wziąć ciężar gry na siebie i pomóc swojemu zespołowi. Otrzymał tytuł MVP finałów - całkiem zasłużenie. I niewykluczone, że nie po raz ostatni.

  • Mój największy pechowiec fazy play-off

AARON RUSSELL. Graj dla zespołu, nawet z kontuzją - mówili. Tak trzeba - mówili. Efekt? Nie dość że zespołowi pomagasz niewiele, to jeszcze skutkuje to operacją, po której najprawdopodobniej masz z głowy Igrzyska Olimpijskie.

ALEKSANDAR ATANASIJEVIĆ. Bądź jednym z najlepszych zawodników na świecie na swojej pozycji, kapitanem drużyny i legendą swojego klubu. Siedź pół roku na ławie, bo twój trener cię nie lubi. Zagraj dopiero jak go zwolnią i to w meczach, w których niewiele możesz pomóc.

  • Moje największe rozczarowanie fazy play-off

✅WSZYSCY ROZGRYWAJACY ZESPOŁÓW [z nielicznymi wyjątkami]. To nie był sezon rozgrywających. Travica, Hierrezuelo - tragedia. Giannelli - jak nie on. Baranowicz, Saitta, Spirito - bez komentarza. Najmniej pretensji można mieć chyba do De Cecco, Christesona, Orduny i Sbertoliego, ale i oni mogli grać lepiej. Mój największy zarzut do nich - straszna niedokładność, która wręcz nie przystawała do zawodników o takiej klasie.

✅VITAL HEYNEN. Miej w zespole trzech atakujących, wystawiaj do gry na tej pozycji... przyjmującego. Miej w zespole świetnego zawodnika i nie wystawiaj go do gry, choć nie ma ku temu powodów sportowych. Tłumacz się, że twój konflikt z nim do wymysł mediów, bo ty przecież nie robisz tego bez powodu, a wręcz dla dobra owego zawodnika. Bez komentarza. 

poniedziałek, 15 marca 2021

[Liga włoska] Zespoły gwiazdĄ silne

 

Liga włoska od lat uważana jest za najlepszą na świecie. Ta opinia nie wzięła się znikąd. To kluby Serie A grają o najwyższe cele w europejskiej i światowej siatkówce klubowej. Dzielą i rządzą. Jedynie nieliczne zespoły są w stanie się im przeciwstawić. Grają tam najlepsi na świecie siatkarze, a zespoły trenują najlepsi na świecie trenerzy. Marzeniem wielu siatkarzy, jest tam trafić [zwłaszcza do klubów z czołówki] i grając na topowym poziomie potwierdzić swoją siatkarską klasę. Tak było i tak jest. 

Zespoły grające o mistrzostwo Serie A posiadają w swych składach topowych siatkarzy niemal na każdych pozycjach. Ma to na celu rozłożenie ataku tak, aby maksymalnie utrudnić rywalowi grę w bloku. Jeśli np. masz na skrzydłach Juantorenę, Leala i Sokołowa, a na środku Simona i Stankovića [skład Cuccine Lube Civitanova na sezon 2018/2019], to podjęcie decyzji, do którego z nich skoczyć do bloku jest ekstremalnie trudne. Przy dobrym przyjęciu skutkuje to atakiem na pojedynczym bloku, a w takiej sytuacji gracze pokroju Leala czy Simona będą co najwyżej myśleć, jak wbić bardziej efektownego gwoździa. Dlatego też tak trudno było pokonywać te zespoły klubom spoza Włoch.

W tym sezonie jednak sytuacja ulega zmianie w zastanawiającym kierunku. U większości drużyn można było zauważyć trend w grze pt, "jeden gra, a reszta stara się nie przeszkadzać". O wygranych i przegranych tych zespołów decydowała więc dyspozycja JEDNEGO ZAWODNIKA. Oczywiście w większości przypadków był to niecelowy zabieg - po prostu inni zakontraktowani gracze grali tak słabo, że aby wygrać mecz trzeba było szukać jednego lidera.  Z ośmiu grających w fazie play - off teamów, połowa z nich gra takim systemem. I skoro awansowała do tej fazy rozgrywek, znaczy że dobrze to wychodzi. Po co wiec szukać problemów? Bo taki system jest nudny i mało atrakcyjny dla kibica. Nie wspominając już o sytuacji, że kiedy lider nie ma "dnia" reszta zespołu leży, kwiczy i przegrywa. 

Zespołami, grającymi według "starego systemu" czyli z równomiernym rozłożeniem ataku na przynajmniej dwóch graczy są Lube, Monza, Modena i Milano. Reszta gra/grała systemem wszystko do lidera. Kim byli ci liderzy i zespoły, które tak grały? Praktycznie sam top ligowy. 


WILFREDO LEON [Sir Safety Perugia]

Pamiętacie czasy, kiedy Perugia miała na skrzydłach Aleksandara Atanasijevića, Ivana Zaytseva i Aarona Russella? Ja też, ale... to już było. Dziś rzeczywistość wygląda inaczej. Każdy fan ligi włoskiej już przed odpaleniem meczu Perugii wie, jak będzie wyglądać gra tej drużyny. A mianowicie, że piłka pójdzie do Leona, lub do... Leona lub też, dla odmiany, do... Leona ;) Sytuacja ta nie była zamierzona przed startem sezonu. Nikt po prostu nie przypuszczał, że rehabilitacja będącego po zabiegu Aleksanara Atanasijevića potrwa tak długo i że będzie po niej w nie nadającej się do gry [przynajmniej zdaniem Vitala Heynena] dyspozycji. Zakontraktowany jako zmiennik Atanasijevića Sharone Vernon - Evans również nie sprostał wymaganiom trenera i Perugia musiała grać opcją z Thijsem Ter Horstem pełniącym rolę "fałszywego" atakującego. Holender starał się jak mógł, ale pewnego poziomu nie przeskoczył. Leon mógł więc liczyć jedynie na pomoc swojego kolegi na przyjęciu, Oleha Płotnickiego i środkowego Sebastiana Sole. Ale i tak najtrudniejsza robota należała do urodzonego na Kubie Polaka. To on kończył trudne piłki w kontratakach, na trójbloku oraz setowe czy meczowe. W całym sezonie atakował aż 642 razy, a drugi w kolejności Oleh Płotnicki... 417 razy. Ponad 200 piłek to ogromna różnica i była widoczna w każdym spotkaniu. Było wiele takich gier, w których Leon miał ponad dwudziestopunktową zdobycz, a resztą jego kolegów nie wyszła jeszcze z 10. Jeśli dołożyć do tego, że rozegrania Dragana Travicy były często fatalne, Wilfredo należą się owacje na stojąco. Nie tylko za to, że z tych 642 piłek skończyła aż 325, co daje 50,6% skuteczności. Ale przede wszystkim za to, że grając praktycznie sam doprowadził swój zespół do pierwszego miejsca w tabeli na koniec fazy zasadniczej. Ogromna Klasa!


NIMIR ABDEL AZIZ [Itas Trentino]

Kiedy przed sezonem Trento zakontraktowało Nimira, Lucarelliego, Kooya i Podrascanina wydawało się, ze z tym składem [plus Giannelli i Lisinac] będą pretendentem do tytułu faworyta rozgrywek. Chyba mało kto przypuszczał, że będziemy obserwować Itas NIMIR Trentino. Gra Trento w  tym sezonie wypisz wymaluj przypomina grę Perugii, z tą drobną różnicą, że w Trento grają w ofensywie obaj środkowi, nie tylko jeden. Ale bez pana ze zdjęcia powyżej, Trento kręciłoby się zapewne wokół 6-8 miejsca, a nie 3, na którym wylądowali na koniec sezonu zasadniczego. 

Trento oczywiście również nie planowało grać w tak przewidywalny sposób. Wydawało się, że kontraktując Ricardo Lucarelliego, który przez wielu uważany jest za 1 z 5 najlepszych przyjmujących świata, będą mieli rozłożenie ataku na przynajmniej dwóch zawodników. A przecież Dick Kooy czy wschodząca gwiazda włoskiej siatkówki Alessandro Michieletto również nie raz pokazali, że świetnie atakują. Wyszło jednak inaczej. Lucarelli od początku sezonu miał widoczny problem z aklimatyzacją i grał źle. W środku sezonu wydawało się, że wrócił do swojej normalnej dyspozycji, ale nie trwało to długo. Dlatego też nie bardzo można się dziwić Simone Giannellemu, że Brazylijczykowi nie ufa, co widać w ilości piłek, które mu posyła. Włoski rozgrywający nie ufa też Michieletto, a na Kooya, który nie może wrócić do normalnej dyspozycji po problemach zdrowotnych [kontuzja, koronawirus] liczyć również nie może. Dlatego też rozgrywający Trento kieruje większość piłek do Nimira, a ten odwdzięcza mu się świetną grą. Holender kończy wszystko, czy to na pojedynczym, podwójnym czy potrójnym bloku. Jest nie do zatrzymania. Z 641 piłek, jakie otrzymał w sezonie zasadniczym, zamienił na punkt aż 340 co daje 53% skuteczności. Do tego dołożył 74 asy serwisowe. Utrzymać taką skuteczność, będąc "jedyną" opcją w ataku - wielki szacunek. I można zrozumieć czemu tak wiele osób uważa Nimira za najlepszego w tym momencie atakującego świata. Niewątpliwie nim jest. 


THIBAULT ROSSARD [Tonno Callipo Vibo Valentia]


Chyba największe zaskoczenie tej wyliczanki. Tonno Callipo Vibo Valentia okazało się rewelacją rozgrywek, a liderem zespołu i jednocześnie jednym z najlepszych zawodników fazy zasadniczej okazał się być Thibault Rossard. Szczególnie w pierwszej części sezonu Francuz "dzielił i rządził". To jego świetna gra sprawiała to, że Vibo ogrywało Trento czy Lube. Były gracz Resovii był nie do zatrzymania w ataku, a do tego raził swoją zagrywką. W zwycięskich meczach to on był najlepiej punktującym zawodnikiem zespołu, a w przegranych jedynie do niego nie można było mieć większych pretensji. Na palcach jednej ręki można policzyć te spotkania, w których grał słabo, w większości notował wynik dwucyfrowy, nieraz przekraczający 20 punktów. Debiut w lidze włoskiej - marzenie. 
Gdy spojrzymy w statystyki, nie pokażą one do końca, jak wielką zasługę w zajęciu przez Valentię 5 miejsca na koniec fazy zasadniczej miał Rossard. Francuz wykonał 656 ataków, kończąc 317 z nich [48%], Drame Neto Abubacar [atakujący Vibo] miał ich 572, z czego 265 skończył [46%]. Ale to Rossard dostawał piłki w najtrudniejszych momentach, to on odwracał losy prawie przegranych setów świetnymi zagrywkami, to na niego można było zawsze liczyć. Gdy pod koniec fazy zasadniczej Francuz miał spadek formy, Vibo nie było w stanie wygrywać [przegrali nawet z ostatnią w tabeli Cisterną]. To najlepiej świadczy o tym, jak ważnym elementem w grze swojej drużyny był ten siatkarz. 


AARON RUSSELL [Gas Sales Piacenza]


Kiedy Aaron Russell zasilał szeregi Gas Sales Piacenza widziano w nim jednego z liderów tego zespołu. Mało jednak kto spodziewał się, że w sezonie 2020/2021 będziemy oglądać Gas Sales RUSSELL Piacenza. Przecież drużyna ta zakontraktowała tez wielką gwiazdę światowej siatkówki, Georga Grozera i wydawało się, że atak ładnie rozłoży się między Niemca a Amerykanina. Nic z tego. Grozer od początku sezonu grał chimerycznie, po czym doznał drobnej kontuzji, którą gdy doleczył, doznał następnej, a na końcu złapał koronawirusa. Ten splot zdarzeń [oczywiście nie z winy samego gracza] sprawił, że do końca sezonu nie odnalazł on swojej normalnej dyspozycji w ataku. W tej sytuacji ciężar gry w ofensywie musiał wziąć na siebie Russell i dał radę. Mając za rozgrywających fatalnego Hierrezuelo, a potem słabego Baranowicza, od których otrzymywał nieraz straszne piłki, Amerykanin grał naprawdę świetnie. Czy Piacenza mecz wygrała czy przegrała, do Russella nie można było mieć pretensji, miał może 3 spotkania, w których grał źle. Piłka źle przyjęta? Do Russella. Inni nic nie kończą, a przeciwnik goni? Do Russella. Setowa? Do Russella. Tak to wyglądało. To, że Piacenza do końca walczyła o 4/5 miejsce to w większości jego zasługa. Bez Amerykanina biliby się pewnie o 10 z Ravenną. 
Niech przemówią liczby. W sezonie zasadniczym Russell atakował 642 razy, z czego skończył 313, co daje 49% skuteczność ataku. Patrząc na piłki jakie otrzymywał i na to, że nieraz jeszcze piłka nie wpadła w ręce rozgrywającego, a do Amerykanina już biegło 2 blokujących rywala, to naprawdę świetny wynik. Statystyki idealnie pokazują tez słabość pozostałej dwójki skrzydłowych Piacenzy. Grozer atakował 427 razy, a Trevor Clevenot 426. Sam Russell, wspierany od czasu do czasu Seyedem Mousavim wystarczył tylko na 6 miejsce. Może w kolejnym sezonie Piacenza ugra coś więcej; o ile Amerykanin dostanie lepsze wsparcie i o ile... w ogóle tam zagra.



MATEJ KAZIJSKI [NBV Verona]


Wprawdzie jego drużyna do play offów nie awansowała, ale jak tu pominąć króla Mateja? Można by wiele pisać o tym, jak wspaniały sezon grał, jak pewnym punktem zespołu był, jak wiele dawał z siebie w każdym meczu. Ale i tu najlepiej przemówią statystyki: Matej Kazijski. 36 lat. Wykonanych ataków w tym sezonie - 666. Zakończonych punktem 317 [48% skuteczności]. 33 asy, 20 bloków. Razem 370 punktów. drugi najlepiej punktujący zawodnik w zespole, Thomas Jaeschke - 265 punktów. Dziękujemy, można się rozejść;)
Tak duże obciążenie w ataku Mateja wynikało z problemów drużyny z atakującymi. Już z początkiem sezonu zespół opuścił Stephen Boyer, a jego następca, Mads Kyen Jensen nie do końca sprostał oczekiwaniom. Z kolei Thomas Jaeschke po dwóch latach przerwy w powodu kontuzji, nie mógł bardziej pomóc. W ten sposób do roli lidera pozostał tylko Kazijski. I tym liderem był. Ale to było za mało. 
NVB Verona zajęła 9 miejsce w lidze. Które zajęłaby bez Mateja? Strach sobie wyobrażać. Pewnie biłaby się o utrzymanie z Cisterną.  
Matej, ogromny SZACUN!!!



TONCEK STERN [Kioene Padova]


Kioene Padova zajęła w tym sezonie przedostatnie miejsce lidze. Jednak za ten stan rzeczy najmniej można winić pana ze zdjęcia powyżej. Toncek Stern trzymał niemal cały atak zespołu na swoich barkach, zdobywając w większości meczów mnóstwo punktów. To najczęściej atakujący siatkarz ligi. Z 713 [!] wykonanych ataków skończył 321, co daje 45% skuteczności. Wspomagający go Matia  Botollo otrzymał ich do ataku blisko 200 mniej [515], a trzeci skrzydłowy, Wojciech Włodarczyk atakował 382 razy. Wydaje mi się jednak, że tutaj Toncek Stern mógł się spodziewać, że będzie dostawać aż tyle piłek. Taka jest specyfika słabszych drużyn, że z założenia grają na jednego lidera, którym przeważnie jest atakujący. Słoweniec sobie poradził, więcej zrobić [chyba] nie mógł. 


Podsumowując, najpierw chciałabym przekazać moje wielkie wyrazy uznania, dla wszystkich wymienionych wyżej panów. Za to, że przy takiej liczbie ataków udawało im się utrzymywać skuteczność i pociągnąć swój zespół do wygranej. I że wytrzymali to zdrowotnie do końca sezonu zasadniczego. Mam jednak nadzieję, że to była taka jednosezonowa akcja. Oby w kolejnych sezonach kluby kontraktowały zawodników tak, aby nie musieć liczyć w każdym meczu tylko na tego lidera. I oby zakontraktowani zawodnicy zagrali na oczekiwanym przez klub i kibiców poziomie. Bo OK, Leon, Nimir, Rossard, Russell i Kazijski pewnie w następnym sezonie też daliby rade być "koniami pociągowymi". Ale, my już to wiemy, że oni mogą bo są najlepsi. Nie trzeba kolejnego potwierdzenia. Ja zaś chętnej obejrzałabym mecze, w których rozgrywający może tak kreować grę, że pokazać się może więcej zawodników. Będzie ładniej i ciekawiej. I dla kibiców i dla telewizji. Tego sobie na przyszły sezon życzę.